
Fucked Up to nie tylko piękna nazwa dla kapeli. To także trafne określenie stopnia zagmatwania dyskusji o autentyczności.
Gdybyśmy mieli postawić przed sądem kategorie w muzyce, to znaleźlibyśmy te już skazane (na zapomnienie, jak np. obowiązkowe wielbienie poprzez muzykę Boga), uniewinnione (jak komercjalizacja, będąca podstawowym zarzutem przez lata) oraz mocno podejrzane. Właśnie do nich zalicza się autentyczność. Nigdy nie było wiadomo od jakiej strony ją ugryźć.
“Cokolwiek śpiewam, to właśnie tak uważam. Nie śpiewam czegoś, jeśli się z tym nie zgadzam”, mówił Michael Jackson, teoretycznie załatwiając sprawę. Teoretycznie, bo takie twierdzenie da się obalić w pół sekundy: co z utworami, w których podmiot liryczny jest kimś innym niż wykonawca, co chociażby z taką Tracy Chapman, która “tylko opowiada historie”?
Na dobrą więc sprawę autentyczność powinniśmy schować do tekturowego pudełka i odstawić na strych, schowaną za stary telewizor i przykryć tą kiecką, o której żona dekadę temu mówiła, że w następnym sezonie na pewno będzie modna.
Ewentualnie rzecz mogłaby dotyczyć muzyków zajmujących się HIP – Historically informed performance – wykonywaniem utworów muzyki klasycznej (z reguły renesansowych, barokowych i średniowiecznych), gdzie oryginalne instrumentarium, prawidłowa technika i artykulacja zgodna z zamierzeniami kompozytora to kwestie istotne.
Mimo to o sprawie rozpisują się co i rusz różni tacy, a ostatnio Mirosław Pęczak w ciekawym artykule dla “Polityki” “Post po karnawale”. Pęczak wieszczy w nim powrót do tego, co prawdziwe, szczere, nie wykreowane, pisząc:
Nie da się zbyt długo przechadzać po targowisku próżności, zwłaszcza jeśli wokół czai się lęk i niepewność, a młodzi ludzie w różnych krajach Europy wychodzą na ulice, by protestować przeciw bezrobociu i indolencji politycznej władzy. Coraz wyraźniej odczuwa się przesyt osobliwą karnawalizacją, promocją dobrego samopoczucia sezonowych gwiazdek estrady tudzież wesołkowatych prezenterów telewizyjnych.
Z tezą Pęczaka mam kłopot, bo nijak nie jestem w stanie tego powrotu zauważyć i przeszkadza mi notorycznie stawiany przez niego kwantyfikator ogólny – że niby wszyscy, że niby większość itd. Pomijając jednak prawdę/fałsz opinii – autentyczność wciąż plącze się w dyskursie muzycznym, wpadając co i rusz pod nogi różnym artystom.
Kanadyjskie Fucked Up z problemem jest za pan brat od początków istnienia. Za pan brat w sensie: Słyszeliśmy tyle tych zarzutów, że nawet nie chce się nam na nie odpowiadać.
Początkowo hardcore’owi załoganci z Fucked Up szybko znudzili się etykietką i żelaznymi regułami HC (ma być ciężko, szybko, ostro, a najlepiej: najciężej, najszybciej i najostrzej). Robili więc rzeczy tak karygodne, jak trzyminutowe solówki perkusji, numery trwające prawie 20 minut, czy partie fletu piccolo (!) na “Son the Father” z “The Chemistry of Common Life“. Czasem jednak zdarza im się po raz enty wytłumaczyć co i zacz z tą ich punkowością:
- Jesteśmy normalnymi ludźmi, żadnymi tam punkami, nie chcemy nikogo wkurwiać. To znaczy: tak było kiedyś, gdy byliśmy młodsi, ale nie teraz. Teraz chcemy tworzyć interesującą muzykę – mówił gitarzysta Fucked Up Mike Haliechuk w materiale promocyjnym
Ostatnią – diabli już wiedzą, którą – płytą poszli na całość. Concept album opowiadający ckliwą love story? Z punkowymi riffami? Trwający niemal 78 minut? Z numerami powyżej 5 minut? Z delikatnymi kobiecymi wokalami?
W mentalności środowiska hardcore’owego, które może konkurować na konserwatyzm nawet z fanami prog-rocka, to zdrada wszelkich ideałów i złamanie podstawowych zasad. Jakby tego było mało – Fucked Up, jako “Effed Up” pojawili się w MTV (i szczegół, że zrobili tam nielichą zadymę) oraz dostali Polaris Music Prize w 2009 r. Sprzedawczyki.
Tak więc dla świętego spokoju nawet producent Shane Stonebeck twierdzi, że w przypadku “Davida…” mamy do czynienia z albumem popowym “w sensie myślenia o aranżacjach i tempach”.
Popowy, czy nie, autentyczny, czy nie – dla mnie sprawa drugorzędna. Ważne, że “David Comes to Life” to album świetny. Ba! od “A Slanted Tone” przez najlepszy na płycie “Serve Me Right” aż po “A Little Death” ze słodkimi żeńskimi chórkami – genialny. Później napięcie siada i podejrzewam, że ma to związek z opowiadaną historią, która pod koniec staje się tak mglista, że sami artyści mają problem z jej opisaniem.
Na początku rzecz jest prosta, jak trzy akordy i darcie mordy. Są lata 80., Wielka Brytania. David (częsty bohater różnych piosenek FU), pracuje w fabryce żarówek. Kiepska robota, marna płaca. Frustracja. Na szczęście poznaje kobietę swego życia, lewicową aktywistkę, która – żeby zadość stało się dobrej historii miłosnej – umiera w dramatycznych okolicznościach. David próbuje się pozbierać i właściwie tyle jest pewne. Mniej więcej w tych rejonach kompozycje lekko nużą – zauważyłem nawet, że trzy ostatnie chętnie sobie odpuszczam. Może to wina mojej niechęci do prostych melodii kalifornijskiego punka (“The Recursive Girl”), a może po ogromnej dawce młocki – ze wspomniany, opętańczym “Serve Me Right” na czele – trudno o zachowanie odpowiedniej koncentracji.
A wracając do tematu autentyczności: mimo mojej osobistej niechęci do używania tej kategorii przy ocenie muzyki, muszę czasem skapitulować przed faktami przeczącymi własnym przekonaniom.
Niedawno znajomy muzyk, facet z otwartą głową i niemałym talentem, sprzedał mi frapującą dykteryjkę. Wspólnie z kolegą wynajął studio, gdzie pracowali nad kolejnym jazzowo-eksperymentalnym projektem. Realizator nagrania przeprosił ich na chwilę, mówiąc, że ma właśnie krótkie spotkanie. Do studia weszło dwóch chłopaków, pytając, czy miksy ich płyty są już gotowe. Po wymianie kilku słów realizator przeprosił kolegę ponownie i wyjaśnił, że to “takie fajne chłopaki, których od dzieciaka ciągnęło do muzyki i postanowili teraz nagrać album disco-polo”. I że muzycy oraz realizator mają z tego całkiem przyzwoitą kasę.
- Hmm, a na czym oni grają? – spytał mój sprytny znajomek.
- Dwa keyboardy, są nawet w studiu – padła odpowiedź.
- To może my spróbujemy pójść w ich ślady i nagramy jakieś disco-polo? – zagadnął coraz bystrzej artysta. – Talentu nam nie brakuje, teksty się na kolanie wymyśli, dwa parapety spokojnie obsłużymy, a kasa przydałaby się, oj przydała…
- Nie, panowie, nie ma mowy – uśmiechnął się tajemniczo rozmówca. – Nie tacy jak wy tutaj przychodzili i tak samo kombinowali. I powiem wam coś: za każdym razem wypadało to fatalnie. Nikt nie chciał tego słuchać, nikt nie chciał przy tym tańczyć, nikt nie chciał tego kupić. Autentyczność, panowie, autentyczność, ludzie wyczują jej brak na kilometr…
Fucked Up, “David Comes to Life”, Matador 2011
Ocena: osiem na dziesięć

