
Jak mówi stare piłkarskie przysłowie: „nie zmienia się skutecznego sposobu na prezentowanie list the best of”, dlatego 15 Najlepszych Płyt 2011 będzie równie kolorowych, jak publikowane na Brzydkim Słowie na F „Best of 2000-2010”. Przypomnę: przy ocenie trzem głównym kryteriom estetycznym odpowiadają trzy barwy podstawowe. Jeśli album spełnia kilka warunków naraz – jest w barwie pochodnej. Kolejność przypadkowa.
A tak swoją drogą: gdybyście mieli ocenić wasz miniony rok (nie mówię o muzyce, ale o tak zwanym życiu), to jaka byłaby to ocena? 5/10? 6/10? Może 10/10? Wasz Annus mirabilis, czy raczej rok pod psem? Mój 2011 był zdecydowanie najtrudniejszym rokiem w moim życiu. Z drugiej strony: „trudny” niekoniecznie równa się „zły”, w końcu szczęśliwie dobrnąłem do mety. Końcowa ocena daje więc 8/10.
Zasady:
Kryterium żółte
Nagrania żółte to te, których największą zaletą jest nowatorstwo. Używanie zupełnie nowego języka muzycznej wypowiedzi, odkrywczość, eksperymentatorstwo (przy czym eksperyment powinien być zakończony sukcesem) są tu ważniejsze, niż np. przyswajalność muzyki (zresztą to rzecz dyskusyjna), czy emocje, które płyta ze sobą niesie. Przez nowatorstwo rozumiem inwencję w kompozycji, zaskakującą fuzję gatunków, niespotykaną wcześniej technikę wykonawczą. Najlepiej, by płyta miała wszystkie te cechy jednocześnie, bo dodatkowym założeniem jest, że pewne wartości stoją wyżej, niż inne.
Kryterium czerwone
Tu decyduje jakość. Wewnętrzna logika utworów, umiejętne prowadzenie narracji, najwyższy stopień instrumentalnego i wokalnego wtajemniczenia, niebanalne podziały rytmiczne, szósty zmysł do tworzenia ponadczasowych melodii, siódmy zmysł do harmonii – to czerwony conditio sine qua non.
Kryterium niebieskie
Czasem piękno wynika czasem z prostoty, szczerości, energii, charyzmy artysty, klimatu dzieła. I między innymi właśnie te przymioty uwzględnia niebieski miernik. Chociaż uważam, że emotywność muzyki to przede wszystkim skutek zastosowania odpowiednich zabiegów muzycznych, to tutaj jest miejsce na tzw. ładunek emocjonalny.
Płyty:

Peaking Lights, „936” (zielony) Not Not Fun
Kiedyś trzeba się uśmiechnąć, czegoś trzeba słuchać na spotkaniach przy winie, do czegoś trzeba tańczyć, coś do słuchania trzeba zabierać ze sobą na spacer w zalanymi słońcem ulicami. Informuję, że dream-dub z Wisconsin nadaje się do tego najlepiej.
Testowane na ludziach. Gwarancja jakości, albo zwrot pieniędzy. Przed wysłuchaniem, skontaktuj się ze swoim dilerem.

Oneothrix Point Never, „Replica” (niebieski) Mexican Summer
…choć czasem, po tych wszystkich spacerach i imprezach dobrze jest popaść w szlachetną nostalgię.

Wildcookie, „Cookie Dough” (czerwony) Tru Thoughts
Nie pytam dlaczego dj Freddie Cruger (zwany też Redem Astaire’m) i wokalista Anthony Mills (współpracował m.in. z Harrym Belafonte, Krs-One i Amy Winehouse) nagrali płytę o narkotykach, bo przeczuwam odpowiedź. W końcu jeśli ktoś śpiewa, że jego ulubiony jazz to zasługa heroiny, respons nasuwa się sam. Nie pytam dlaczego Mills, facet o niezwykle plastycznym, wszechstronnym głosie z zaskakująco szeroką skalą pozostaje mało znanym artystą, bo na to prostej odpowiedzi nie ma. Nie pytam też, jak to możliwe, że otwierający „Song With No Ending” jest najbardziej zaraźliwym earwormem mijającego roku, bo kiedyś już tego typu przypadki analizowałem. A tak w ogóle, to „Cookie Dough” jest tak dobry, że nie mam pytań.

Fucked Up, „David Comes to Life” (niebieski) Matador
Że tak powiem: przybyli, zagrali, pozamiatali. Więcej pisałem TUTAJ.

Kate Bush, „50 Words For Snow” (brązowy) Fish People
Po tym, jak na „Aerial” wyśpiewała π, mogłem spodziewać się już wszystkiego, a mimo to zaskoczył mnie pomysł zbudowania piosenki na 50 określeniach śniegu, z czego pewnie połowa jest zmyślonych, a jedno po klingońsku. Niespodzianek było więcej, jak choćby fantastycznie emocjonalny Elton John (touché wy, którzy nie doceniający jego talentu!), czy „Lake Tahoe”, będące właściwie współczesną muzyką klasyczną. Nie zaskoczyła mnie za to obecność takich arcydzieł jak „Snowflake” – od dawna było wiadomo, że Kate Bush osiągnęła niebotyczne wysokości artystyczne.
Największym zaskoczeniem jest jednak to fanowskie wideo. Tutaj też chodzi o jakieś niebotyczne wysokości.

PJ Harvey, „Let England Shake” (fioletowy) Island
Minimum użytych środków, maksimum efektu. Niby nic: ogniskowe granie na gitarze i oszczędna sekcja rytmiczna, jakiś sampelek tu i tam, jakieś dęciaki od czasu do czasu, a każdy numer z albumu ścina z nóg, co dowodzi nie tylko talentu muzyków, którzy nalali z pozornie pustego w pozornie próżne, ale i mocy, jaką daje zawoalowane zakorzenienie „Let England Shake” w tradycji angielskiej muzyki ludowej. Tam też największą cnotą artysty była umiejętność opowiadania ciekawych historii bez mizdrzenia się do publiki.

Lou Reed/Metallica, “Lulu” (czarny) Warner Bros
Tylko żartowałem, idźmy dalej…

Nico Muhly, „Seeing is Believing” (czerwony) Decca
W kategorii “muzyka współczesna” miałem w tym roku poważne dylematy. Reichowi pomysłowości starczyło na jeden niezwykły utwór „WTC 9/11”, Lang urzekał odręcznymi kompozycjami, ale było to jedynie krótkie zauroczenie.
Początkowo nie bardzo rozumiałem, co mi się w Muhlym tak podoba: eklektyczne nawiązania – od muzyki dawnej (dwa razy sięga po utwory Byrda i Gibbona) przez minimalizm po ekspresjonizm? Upodobanie do dzielenia frazy między różne instrumenty? Rozwojowa struktura kompozycji („Seeing Is Believing”)? Pojąłem to dopiero, po przejrzeniu na Wiki jego dorobku artystycznego: nie można nie lubić kogoś, kto robił aranżacje na „Veckatimest”.

Fleet Foxes, „Helplessness Blues” (fioletowy) Sub Pop
Podświadomie próbowałem uniknąć tego nagrania na tej liście. Jakoś głupio było mi przyznać się do faktu, że teksty Robina Pecknolda o przemijaniu i zagubieniu trafiały do mnie w ciągu ostatnich miesięcy najmocniej. To, że on potrafi swój ból przełożyć na niezapomniane melodie, polifoniczne wokale i wielowątkowe kompozycje to już inna sprawa.

Profesjonalizm, „Chopin, Chopin, Chopin” (pomarańczowy) Lado ABC
Proszę Państwa, proszę zauważyć, że nie dzielę w tym zestawie płyta na „nasze” i „ich”, co z miejsca świadczy o moim podziwie dla najnowszego projektu Maseckiego. Proszę też zauważyć, że płyta opisana jest kolorem pomarańczowym, uwzględniającym innowacyjność, co Mozę oznaczać z kolei, iż mam specyficzne podejście do tego terminu. Proszę też w końcu zauważyć, proszę Państwa, że Masecki to naprawdę, pieprzony geniusz.
Więcej o albumie pisałem TUTAJ.

Tinariwen, „Tassili” (zielony) Anti Records
Sprawiedliwiej byłoby Tinariwen oceniać zapominając o strojach, kraju pochodzenia, romantycznej historii o rebeliantach z gitarami itd., tyle że raczej nie jest to możliwe. Trudno nie dać się złapać na tak przemawiające do wyobraźni opowieści jak ta o nagrywaniu „Tassili w opuszczonym kanionie gdzieś na pustyni. Dlatego gratuluję Bobowi Boilenowi z NPR odwagi i zdrowej oceny sytuacji, kiedy w recenzji napisał: „Tinariwen is just about the best guitar-based rock band of the 21st century.” Ma to sens: w końcu Kyuss i QOTSA to też zespoły gitarowo-pustynne.

Vijay Iyer, „Tirtha”(czerwony) ACT
Nieco kusił mnie Fred Hersch z jego „Alone At The Vanguard”, bardzo kusił “Ghosts” Peter Evans Quartet. W końcu wygrał Iyer. Coś mi mówi, że zdecydowała tęsknota za uwielbianym przeze mnie Nusratem Fateh ali Khanem. Czy mi się tylko wydaje, czy obecność Iyera na moich listach to już mini-tradycja?

Ghostpoet, „Peanut Butter Blues & Melancholy Jam” (zielony) Brownswood Recordings
Jako 31-latek nie od dziś obserwuję to, co Jacek Sobczyński widzi jako 26-latek: coraz częściej lewym pasem wyprzedzają mnie dużo młodsi. Taki Obaro Ejimiwe jest ode mnie młodszy o trzy lata, a już na takim etapie kariery, na której ja nigdy nie będę. Zamiast się tym gryźć, postanowiłem cieszyć się sukcesem znakomitego Brytyjczyka, którego debiut słuchałem tak długo, że gdybym miał go na kasecie magnetofonowej, taśma starłaby się na pył.

Liturgy, „Aesthetica” (żółty) Thrill Jockey
Stop! Zanim usłyszę wrzuty o hipster-metalu, podśmiechujki o nowojorskich mieszczuchach, którym zamarzyło się udawanie norweskich twardzieli, przytyki, że pewnie mi Rojek ich polecił i inne truenorewgianblackmetalowe dowcipaski sugeruję przesłuchanie takiego „Veins of God”, gdzie po maleńczukowsku „rytm przewraca się i potyka”. Potęga. I pomyśleć, że numer poprzedza arpeggiator w „Hellix Skull” oraz growling i blasty w „Glory Bronze”. Eklektyzm co się zowie.
A tak poza tym, to sami muzycy określają swoją twórczość mianem „transcendentalnego black metalu”. No dobra, można się śmiać.

Tom Waits, „Bad As Me” (fioletowy) ANTI
Po śmierci Toma Waitsa należałoby zmumifikować, ciało udostępnić do zwiedzania w mauzoleum, zaś pobrane próbki DNA przetrzymywać w sejfie Smithsonian Institute.
W końcu facet już za życia stał się Amerykańskim Klasykiem, kimś na miarę Gershwina, czy Sinatry, tak jak „Bad As Me” stało się z miejsca klasyczną płytą, na której rockandrollowa dzikość serca („Get Lost”) sąsiaduje z najpiękniejszymi balladami, jakie wyszły spod ręki Waitsa (mowa o „New Year’s Eve” i „Face to the Highway” ) i wściekłym, wojennym reportażem „Hell Broke Luce”. Można kochać Waitsa za wiele rzeczy, ja kocham go za przekładanie na muzykę słynnej humanistycznej myśli Terencjusza.

Paul Simon, „So Beautiful, So What” (czerwony) Hear Music
Zdaję sobie sprawę, że okropnie stetryczało mi się to podsumowanie. W końcu łączna liczba lat wszystkich muzyków na jednej płycie Waitsa to minimum dwa tysiące, a przecież do Top 15 nie zmieścił się Ry Cooder, który jest bodajże człowiekiem 150-letnim.
Co jednak zrobić, skoro żaden młodzian w 2011 nie był w stanie nagrać rzeczy tak mądrej i kojącej, jak siedemdziesięcioletni Simon (choć William Elliot Whitmore próbował, za co mu chwała). „Getting Ready for Christmas Day” proponuję ogłosić nową kolędą na okołokryzysowe Boże Narodzenie 2011.
Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten wpis do listy ulubionych.