Archiwum dla Luty, 2012

Kto się boi awangardy

23 Luty 2012

Kiedy zapytałem kilkoro przyjaciół, czy nie wybraliby się ze mną na sobotni koncert muzyki eksperymentalnej w studiu Radia Lublin z okazji Roku Johna Cage, odpowiedzi nieco mnie zaskoczyły. Ktoś nie mógł pójść tłumacząc, że “w telewizji jest dobry film”, ktoś inny przypomniał sobie, że musi posprzątać mieszkanie, padały też mniej wiarygodne alibi, typu “coś czuję, że jutro to będę chorować”. I aż dziw, że nikomu nie przyszło tłumaczyć się starym, dobrym: “jutro wieczorem muszę umyć włosy”.

O tak, współczesna muzyka elektroakustyczna nie ma lekko z masowym odbiorcą.

Mimo to na miejscu okazało się, że tych “nie niszowych odbiorców” jest całkiem sporo. Na sali brakowało miejsc siedzących. Nie wiem, czy wszyscy słuchacze przyszli w tym samy celu, co ja (podejrzewam, że wielu z nich chciało zobaczyć swoich kolegów i koleżanki ze Szkoły Muzycznej im. Lipińskiego na scenie). Wiem, że ja przyszedłem, by dać się zaskoczyć.

Tego oczekuję od współczesnej muzyki. Chcę usłyszeć nowe dźwięki, które nie skojarzą się z niczym zasłyszanym wcześniej, harmonie łamiące wszelkie przyjęte kanony, rytmy nie będące kalką tych z jazzu, popu, czy rocka. Zawsze w takich przypadkach mam nadzieję poddać testowi własne przyzwyczajenia: dotyczące “radiowego” czasu trwania utworu, jego przejrzystej struktury, instrumentarium.

I zawsze mam nadzieję czegoś nie zrozumieć.

Pierwszy koncert, z udziałem Krzysztofa Knittla i uczniów szkoły muzycznej “przetestował mnie” w stopniu zadowalającym. Najpierw kompozytor dyrygował młodym ansamblem obsługującym odbiorniki radiowe. Przeskakiwanie po falach eteru i zmiana głośności poszczególnych sekcji dawała komiczną momentami magmę treści i brzmień- a to trafił się najnowszy przebój dyskotek, a to gadające głowy.

Potem grupa przesiadła się na klasyczny zestaw instrumentów, choć nieklasycznie wykorzystywanych. Dołączył do niej Knittel produkując trzaski, szumy i drony (stojące, wibrujące dźwięki) za pomocą aparatury na podczerwień, podłączonej do kontrolera MIDI. Wymachując dłońmi nad czujnikami podczerwieni wyglądał raczej na szamana, niż artystę. Muzyka narastała, by urwać się w pół słowa, atakowała zgiełkiem i cofała się, niczym przestraszona. Wydawała się niemal osobnym, żywym tworem, poza kontrolą muzyków.

Następny w kolejności miał być wspólny występ Francuza eRikma i Niemca dieb13. Niestety, ten pierwszy wywrócił się na skuterze w drodze na lotnisko i do Polski nie dotarł. Rad, nie rad dieb13 zaserwował więc solowy koncert na gramofonach (później dołączył do niego Knittel), wykorzystując w nim wszelkie dostępne rodzaje nagrań, od szumu spuszczanej w sedesie wody, przez przemówienia, po winyle z hitami. To estetyka tzw. plądrofonii, muzycznego kolażu, sprecyzowana przez Johna Oswalda już w latach 80..

I w tym problem: koncert dieb13 nie był specjalnie zajmujący (a w każdym razie, jeśli słyszało się wcześniej jakieś inne plądrofoniczne dzieła), ani – w XXI wieku – odkrywczy. A przecież patron wydarzenia, kompozytor John Cage mawiał: “Nie rozumiem, dlaczego ludzie boją się nowych pomysłów, ja boję się starych”.

Kurier Lubelski, 19 lutego

8 bitów radości – wywiad z Disruptem

21 Luty 2012

Nie mam prawa nazywać się fanem i znawcą chiptune. Przyznam, że nie zdarzyło mi się przesłuchać żadnego „ośmiobitowego” albumu więcej, niż raz. O ośmiobitowcach wiem jednak całkiem sporo. Nie tylko byłem wieloletnim posiadaczem Commodore 64, ale też członkiem efemerycznej grupy demoscenowej.

Ponieważ nie znałem się na programowaniu, grafice, ani tworzeniu muzyki, zająłem najmniej wymagającą funkcję: swappera, czyli kogoś, kto zajmuje się listowną wymianą dem między grupami. Przypomniałem to sobie, pisząc do bieżącego numeru Przekroju tekst o 30-leciu C64, przypadającym na 2012. O muzykę robioną na poczciwej „Komodzie” zapytałem zaś Disrupta, założyciela niemieckiej wytwórni Jahtari.

Ominął mnie jego set w Lublinie w ramach Minimum-Maksimum i żałuję niezmiernie, bo to, co usłyszałem na Vimeo uważam za dj-skie mistrzostwo świata i okolic.

Co, twoim zdaniem, decyduje o tym, że współcześni artyści sięgają po brzmienia wytwarzane przez maszyny dużo mniej zaawansowane od dzisiejszych super-duper-komputerów z Pro Tools etc.?
Celem nowych komputerów, o których mówisz, jest osiągnięcie dźwięku tak czystego, jak tylko to możliwe. Ma to sens do pewnego stopnia, ale powyżej niego wszystko, co zbyt czyste i perfekcyjne sprawia wrażenie klinicznego i bezdusznego, a nie tego oczekujesz przecież od muzyki. Chcesz, by muzyka była żywa, miała duszę, chcesz małych niedoskonałości i nieprzewidywalności. To bardzo ludzkie. Poza tym: komputery i software mogą być zaawansowane technicznie, ale w sensie rzeczywistego TWORZENIA muzyki i frajdy z tego, stare maszyny nie mają konkurencji, bo tam możesz wszystkiego dotknąć. Nie musisz się martwić o sterowniki karty dźwiękowej, czy jakieś tam ustawienia Windowska, po prostu robisz muzykę.

Znasz kogoś,  spośród znanych muzyków zaczynał karierę na demoscenie C64?
Cóż, przede wszystkim: tworzenie muzyki na C64 nie ma zbyt wiele wspólnego z graniem na instrumencie. Generalnie to tylko tani, domowy komputer, stworzony do gier i podstawowego programowania. Chip SID i pamięć komputera też mają ograniczone możliwości, więc potrzebujesz niesamowitych umiejętności programistycznych by wydobyć z tego choćby najprostszy beat i melodię. A nie zapominajmy, że w latach 80. nie można było kupić muzycznego software’u jak dziś. Nie dało się po prostu zagrać linii basu na klawiaturze i już będzie w komputerze.  Zatem pierwsza  generacja muzyków C64 musiała wymyślić własne oprogramowanie i przetłumaczyć je na język kodu, który zrozumie komputer. Byli bardziej artystami programowania, niż artystami-muzykami.
Rzadko się zdarza, by dobrzy technicy byli jednocześnie dobrymi artystami i vice-versa, lecz kiedy te dwa talenty się spotykają, wychodzą z tego wspaniałe rzeczy. Przykładem soundtracki do gier Eoba Hubara, Martina Galwaya, Bena Daglisha i Chrisa Hülsbecka. To oni wytyczyli ścieżki do współczesnych sposobów tworzenia muzyki na komputerze, choć o ile wiem, nie nagrali później niczego, co zdobyło by sławę. Okazjonalnie stare klasyki bywają używane w nowych nagraniach, jak ostatnio “Target Renegade”  autorstwa Gari Biasillo na “What Have I Done” Soom T.
Dlaczego C64 jest dobrym narzędziem do tworzenia muzyki? Czy decyduje chip SID?
Sam Commodore 64, ten komputer, który mogłeś kupić w sklepie, wcale nie jest dobrym narzędziem do muzyki. Nie ma nawet wyjścia audio, można go podłączyć jedynie do telewizora. Z pewnymi dodatkami i nowszym softwarem jest lepiej, choć i tak wszystko sprowadza się do SID-a. To niesamowity syntezator, niestety bez żadnych pokręteł, by nim sterować. Lecz dzięki geniuszowi Thorstena Klose mamy możliwość przekształcenia go w PRAWDZIWY instrument, z pokrętłami etc. Klose wymyślił system o nazwie MIDIBoxm, który może być użyty do tworzenia różnych maszyn, SID jest jedną z nich. To czyste „Zrób to sam”, wymaga niemało trudu, ale da się zrobić.
SID ma trzy niezależne oscylatory, doskonałe filtry i miliony możliwości, by je modulować, teraz jedynie za jednym ruchem pokrętła. Właściwie jest to bardziej intuicyjne, niż większość sprzedawanych maszyn, to obecnie mój ulubiony syntezator.

Czy w chiptune rządzi raczej C64, czy może ATARI lub Amiga?
To trzy zupełnie różne sprzęty, każdy ma swoje mocne strony. C64 wygrywa syntezatorem, co oznacza, że wszystkie dźwięki są stworzone z podstawowych form fali dźwiękowej = syntetyzowane. Ale trzeba być komputerowym geniusze, by tworzyć na nim piosenki.
W Amidze najlepsze jest to, że można grać sample – cztery na raz – więc razem z wspaniałymi programami jak ProTracker czy FastTracker można było po raz pierwszy łatwo (!) tworzyć muzykę tylko za pomocą domowego komputera, bez dodatkowego osprzętu. Jakość sampli jest tam ośmiobitowa, więc dźwięk jest szorstki. Wiele wczesnych nagrań breakcore’owych, jak EC8OR było stworzone w ten sposób.
A Atari ST (inne produkty Atari przed tym modelem to po prostu były prostymi maszynami do gier) był pierwszym komputerem z wbudowanym MIDI. Sam nie tworzył zbyt dobrych dźwięków, lecz z MIDI i nowym oprogramowaniem w rodzaju Cubaes i Logic (obydwa pochodzące od ST) można było po raz pierwszy mieć kontrolę nad wszystkimi syntezatorami i automatami perkusyjnymi. Zamiast nagrywać wszystko na taśmę, jak robią to zespoły, można było samemu stworzyć całą piosenkę. Tak większość ludzi tworzy muzykę dzisiaj, z tym że wszystkie te syntezatory i automaty są już “w środku” komputerów. Tak więc każdy spośród tych komputerów położył podwaliny dzisiejszego sposobu robienia muzyki i zmienił go na zawsze.
Dzisiejszy chiptune/8-bit music posługuje się jednak najczęściej gameboyem. To za sprawą genialnego programu LSDJ, działającego niczym stary tracker na Amidze. Nie można używać sampli, ale można wykorzystywać gameboyowy syntezator.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.