
Zamiast rozwodzić się nad znaczeniem, wadami i zaletami “Nevermind” w 20. rocznicę wydania najsłynniejszej płyty Nirvany opowiem o tym, co załodze z Seattle wychodziło nie gorzej niż granie: o dewastacji instrumentów. Czynności, która może mieć więcej wspólnego z polityką, niż wandalizmem.
Nowa generacja wandali
Chszszszczap, chszszszczap, tłumpfff. Uderzana z całą siłą o wzmacniacz gitara brzmiała zaskakująco nieciekawie. Żadnych ogłuszających sprzężeń, raczej przykry odgłos przypominający rąbanie drewna. Od strony dźwiękowej performance kończący cover “American Idiot” w wykonaniu Undergrunt w telewizyjnym show TV4 “Nowa generacja” był klęską. Także wizualnie nie była to najbardziej efektowna rzecz w historii rocka. I najbardziej spontaniczna. Uśmiercenie instrumentu wydawało się zaplanowane i obliczone na poklask. Mimo to jurorzy “Nowej generacji” (wśród nich m.in. Michał Figurski i Jan Borysewicz) byli wniebowzięci. Komplementowali grupę za bezkompromisowość i odwagę na scenie, jakby Undergrunt był pierwszą kapelą na świecie, która zniszczyła cokolwiek w czasie występu. Zachwyty jury sprawiały wrażenie równie nieszczerych co zachowanie gitarzysty, ale jedno nie uchodziło wątpliwości: rozpieprzanie gitar wciąż może być uznane za ekscytujące, nawet jeśli intencje muzyków są mocno podejrzane.
Fascynację odbiorców demolką można wyjaśniać zwykłą ludzką ciekawością (vide seria filmików z YouTube “Will it blend?”), lub naciąganymi teoriami o oczyszczającej mocy zniszczenia. Jakie są jednak cele artystów? Co może sprawić, że kupiony za ciężko zarobione pieniądze Fender kończy jako sterta drewna?
Destrukcyjny boys-band
Intencje współczesnych muzyków rozrywkowych pokrywają się w tym względzie zadziwiająco dokładnie z tymi na początku rocka.
Prawdopodobnie pierwszym muzykiem, który celowo obrócił w perzynę wyposażenie sceniczne w trakcie koncertu był Jerry Lee Lewis, w trakcie jednego z koncertów w latach 50. Słynny tak ze swych glissandi, jak ze scenicznej charyzmy pianista na jednym z występów wyjął z kieszeni zapałki, butelkę po Coca-Coli, która – ku zdumieniu widzów – zawierała benzynę i…. resztę można sobie dopowiedzieć.
Nie kryło się za tym nic więcej poza chęcią zaimponowania widowni i kolegom po fachu – cele bardzo zbieżne z tymi Undergruntu, czy południowokoreańskiego boys-bandu Big Bang. Jego członek, niejaki G-Dragon, w trakcie piosenki „Tonight” roztrzaskiwał gitarę z precyzją i timingiem godnym jazzmana: dokładnie pod koniec akustycznego interludium utworu. Niestety, w tym roku producenci tamtejszego programu muzycznego The Music Trend, często goszczącego Big Bang nałożyli nań embargo: G-Dragon dostał dożywotni zakaz niszczenia gitar na ich antenie, ku rozpaczy nastoletnich fanek.
Jerry Lee Lewis był pionierem-showmanem, G-Dragon chciał zmoczyć majtki nastolatek, Undergrunt podlizać się jurorom. A jeśli chodzi o Nirvanę? Właściwie, jeśli się nad tym dłużej zastanowić: w ich przypadku odpowiedź aż bije po oczach. Nawet jeśli grunge przeistoczył się z czasem w linię modową koszul w kratkę sprzedawanych w domach handlowych, to w założeniu był muzyką pokolenia rozczarowanego wartościami poprzedniej dekady, z jej reaganomiką i konsumpcjonizmem. Był głosem ludzi, którym świat nie oferował nic, a oni nie czuli się w obowiązku oferowania czegokolwiek światu . Było głośnym: “mam to gdzieś”, “i don’t give a fuck”!, “nevermind!”.
Niszczenie instrumentów przez trójkę z Seattle nie było zatem literalnie gestem artystycznym, a raczej społecznym i politycznym (choć zarazem: antyspołecznym i antypolitycznym). W tym akurat widać wyraźne związki grunge’u z punkowcami. Okładka „London Calling” The Clash inspirowała zresztą nie tylko ich.
Nie chcę być opacznie zrozumiany: nawet przy całej niechęci grunge’u do konsumpcjonizmu i komercjalizacji, nie sposób było nie dostrzec, że Gibson w drzazgach ma w sobie spory potencjał showbusinessowy. Było, nie było: “Here we are now, entertain us”.
Klawesyny na podpałkę
Pierwszy proces celowego niszczenia dzieł sztuki w historii ludzkości był polityczny do szpiku kości. Miał miejsce w XIV wieku p.n.e., po śmierci faraona Echnatona. Jego syn Tutanchaton porzucił Akhetaten (Amarnę), miasto ojca, skazując je na zapomnienie, a żeby odciąć się od rodziciela zmienił nawet imię. Z kolei jego następcy, Horemheb i Ay zniszczyli w manifestacji pogardy dla władcy zbudowaną przez niego świątynię w Tebach, wykorzystując pozyskany z niej budulec do dekoracji własnych miejsc kultu.
Z tego aktu damnati memoriae (potępienie pamięci) wywodzi się późniejszy ikonoklazm (Kłótnia o obrazy), czyli, za słownikiem: “ruch religijny skierowany przeciwko sztuce przedstawiającej (głównie Jezusa Chrystusa i świętych), mogącej wg inicjatorów wywołać objawy bałwochwalstwa”. Nawet jeśli podejrzliwie spojrzymy na teorię Slavoja Žižka, że Jezus założył pierwszą partię, to trudno odmówić prawdy założeniu, że każdy ruch religijny jest zarazem ruchem politycznym.
Dario Gamboni w książce “The Destruction of Art: Iconoclasm and Vandalism since the French Revolution” zwraca uwagę, że dla współczesności najważniejszym przykładem jest Rewolucja Francuska, ponieważ ówczesne akty zniszczenia nie dają się wytłumaczyć bez kontekstu politycznego . Bez niego trudno np. wyobrazić sobie, dlaczego Konserwatorium Paryskie w czasie Rewolucji Francuskiej używało klawesynów do palenia w piecach grzewczych.
Spadkobiercami Rewolucji Francuskiej w prostej linii byli futuryści (Marinetti: “Chcemy zburzyć muzea, biblioteki, akademie wszystkich rodzajów”), czy dadaiści. Duchamp namawiał nawet w “Green Box”, że “należy użyć Rembrandta jako deski do prasowania”.
Że kto?
Wątek polityczny kryje się również – choć implicite – w historii najsłynniejszych chuliganów koncertowych świata: The Who.
Subkultura modsów, reprezentowana w dużej mierze przez wczesnych The Who nie należała do najgrzeczniejszych. Grzeczna nie była muzyka formacji z londyńskiego Shepherd’s Bush. Peter Townshend nie był grzecznym gitarzystą – z lubością używał sprzężeń wzmacniaczy, do przesady podkręcał ich głośność, wyzywająco poruszał się na scenie i robił legendarne “młynki” przy biciach strun. Jednym z jego znaków rozpoznawczych była gra z gryfem postawionym na sztorc. Czasem, dla uzyskania ciekawego brzmienia, walił główką instrumentu w strop na sali prób. Jedna z takich akcji skończyła się przebitym na wylot sufitem. “Jeśli i tak rozwaliłem gitarę, to już ją dokończę”, stwierdził Townshend. Myśl zamienił w czyn także na koncertach, co zrobiło piorunujące wrażenie na widzach i perkusiście grupy. Keith Moon nie był facetem, którego długo trzeba namawiać do zadymy: na następnym gigu poszedł w ślady kolegi i wkrótce niemal każdy publiczny występ The Who kończył się kompletną dewastacją. Ta w trakcie udziału w amerykańskim show “The Smothers Brothers Comedy Hour” w 1967 r. mogła skończyć się fatalnie: Moon napchał w bębny tyle środków pirotechnicznych, że wystarczyłoby ich na oświetlenie nieba na każdym miejskim sylwestrze. Wybuch spowodował niebywały wyraz twarzy prowadzącego i trwałe szumy uszne Townshenda.
Wygląda to na zwykłe kuglarstwo, ale podłoże działań jest całkiem poważne. W 1961 roku Townshend zapisał się do Ealing Art College, gdzie jednym z wykładowców był Gustav Metzger, niemiecki artysta o polsko-żydowskich korzeniach, twórca terminu auto-destructive art. Jednym z jego charakterystycznych performance’ów było cięcie płócien mieczem samurajskim na znak protestu przeciwko proliferacji broni nuklearnej. To na niego (a także na m.in. Yoko Ono) powoływał się w filmie “Niesamowita historia The Who” Townshend, dodając, że “Gitara elektryczna stała się dla mnie instrumentem kontroli, agresji, a później: przemocy”.
Koniec wieńczy dzieło
W końcowej scenie „Zabriskie Point” Michelangelo Antonioniego Daria opuszcza luksusową pustynną daczę swego szefa, oazę nie tyle spokoju, co próżności i zachłanności. Kiedy patrzy z oddali na budynek, jej umysł podpowiada jej podniecające obrazy eksplozji. Przy akompaniamencie „Come In Number 51, You’re Time is Up” Pink Floyd w powietrze wylatuje dom, części garderoby, lodówka. W zwolnionym tempie przez ekran przelatują rozerwane na strzępy książki, wybuch pięknie rozsadza telewizor.
Znaczenie sceny można streścić tak: hippisowskie ideały mają tylko fikcyjną moc zmiany. To zemsta wyobraźni na burżuazji.
Antonioni chciał wykorzystać do filmu położony na obrzeżach Phoenix prawdziwy dom, zaprojektowany przez architekta Hirama Hudsona Benedicta, ale właściciel – co nie dziwi – odmówił. Reżyser ogromnym kosztem wybudował więc nieopodal wierną kopię i nakręcił klasyczną już scenę z użyciem siedemnastu kamer. Cała rzecz, jak mówi: „przypominała operację wojskową”.
To idealne zwieńczenie dzieła jest zarazem sztuką, spektakularną rozrywką i przekazem politycznym, na którą potrzeba było czasu, olbrzymich pieniędzy i namysłu. Rockmani kończący swoje koncertowe dzieła z kikutem gryfu w rękach mają to szczęście, że do takiego polityczno-rozrywkowo-artystycznego efektu potrzebują dużo mniej. Nie można im się więc dziwić, że wciąż próbują, nawet jeśli sami nie mają pojęcia dlaczego, a roztrzaskiwanie gitar samo w sobie może być oszustwem.






