Archiwum dla Wrzesień, 2011

Nirvana płynąca z destrukcji

28 Wrzesień 2011

Zamiast rozwodzić się nad znaczeniem, wadami i zaletami “Nevermind” w 20. rocznicę wydania najsłynniejszej płyty Nirvany opowiem o tym, co załodze z Seattle wychodziło nie gorzej niż granie: o dewastacji instrumentów. Czynności, która może mieć więcej wspólnego z polityką, niż wandalizmem.

Nowa generacja wandali
Chszszszczap, chszszszczap, tłumpfff. Uderzana z całą siłą o wzmacniacz gitara brzmiała zaskakująco nieciekawie. Żadnych ogłuszających sprzężeń, raczej przykry odgłos przypominający rąbanie drewna. Od strony dźwiękowej performance kończący cover “American Idiot” w wykonaniu Undergrunt w telewizyjnym show TV4 “Nowa generacja” był klęską. Także wizualnie nie była to najbardziej efektowna rzecz w historii rocka. I najbardziej spontaniczna. Uśmiercenie instrumentu wydawało się zaplanowane i obliczone na poklask. Mimo to jurorzy “Nowej generacji” (wśród nich m.in. Michał Figurski i Jan Borysewicz) byli wniebowzięci. Komplementowali grupę za bezkompromisowość i odwagę na scenie, jakby Undergrunt był pierwszą kapelą na świecie, która zniszczyła cokolwiek w czasie występu. Zachwyty jury sprawiały wrażenie równie nieszczerych co zachowanie gitarzysty, ale jedno nie uchodziło wątpliwości: rozpieprzanie gitar wciąż może być uznane za ekscytujące, nawet jeśli intencje muzyków są mocno podejrzane.

Fascynację odbiorców demolką można wyjaśniać zwykłą ludzką ciekawością (vide seria filmików z YouTube “Will it blend?”), lub naciąganymi teoriami o oczyszczającej mocy zniszczenia. Jakie są jednak cele artystów? Co może sprawić, że kupiony za ciężko zarobione pieniądze Fender kończy jako sterta drewna?

Destrukcyjny boys-band
Intencje współczesnych muzyków rozrywkowych pokrywają się w tym względzie zadziwiająco dokładnie z tymi na początku rocka.

Prawdopodobnie pierwszym muzykiem, który celowo obrócił w perzynę wyposażenie sceniczne w trakcie koncertu był Jerry Lee Lewis, w trakcie jednego z koncertów w latach 50. Słynny tak ze swych glissandi, jak ze scenicznej charyzmy pianista na jednym z występów wyjął z kieszeni zapałki, butelkę po Coca-Coli, która – ku zdumieniu widzów – zawierała benzynę i…. resztę można sobie dopowiedzieć.

Nie kryło się za tym nic więcej poza chęcią zaimponowania widowni i kolegom po fachu – cele bardzo zbieżne z tymi Undergruntu, czy południowokoreańskiego boys-bandu Big Bang. Jego członek, niejaki G-Dragon, w trakcie piosenki „Tonight” roztrzaskiwał gitarę z precyzją  i timingiem godnym jazzmana: dokładnie pod koniec akustycznego interludium utworu. Niestety, w tym roku producenci tamtejszego programu muzycznego The Music Trend, często goszczącego Big Bang nałożyli nań embargo: G-Dragon dostał dożywotni zakaz niszczenia gitar na ich antenie, ku rozpaczy nastoletnich fanek.

Jerry Lee Lewis był pionierem-showmanem, G-Dragon chciał zmoczyć majtki nastolatek, Undergrunt podlizać się jurorom. A jeśli chodzi o Nirvanę? Właściwie, jeśli się nad tym dłużej zastanowić: w ich przypadku odpowiedź aż bije po oczach. Nawet jeśli grunge przeistoczył się z czasem w linię modową koszul w kratkę sprzedawanych w domach handlowych, to w założeniu był muzyką pokolenia rozczarowanego wartościami poprzedniej dekady, z jej reaganomiką i konsumpcjonizmem. Był głosem ludzi, którym świat nie oferował nic, a oni nie czuli się w obowiązku oferowania czegokolwiek światu . Było głośnym: “mam to gdzieś”, “i don’t give a fuck”!, “nevermind!”.

Niszczenie instrumentów przez trójkę z Seattle nie było zatem literalnie gestem artystycznym, a raczej społecznym i politycznym (choć zarazem: antyspołecznym i antypolitycznym). W  tym akurat widać wyraźne związki grunge’u z punkowcami. Okładka „London Calling” The Clash inspirowała  zresztą nie tylko ich.

Nie chcę być opacznie zrozumiany: nawet przy całej niechęci grunge’u do konsumpcjonizmu i komercjalizacji, nie sposób było nie dostrzec, że Gibson w drzazgach ma w sobie spory potencjał showbusinessowy. Było, nie było: “Here we are now, entertain us”.

Klawesyny na podpałkę
Pierwszy proces celowego niszczenia dzieł sztuki w historii ludzkości był polityczny do szpiku kości. Miał miejsce w XIV wieku p.n.e., po śmierci faraona Echnatona. Jego syn Tutanchaton porzucił Akhetaten (Amarnę), miasto ojca, skazując je na zapomnienie, a żeby odciąć się od rodziciela zmienił nawet imię. Z kolei jego następcy, Horemheb i Ay zniszczyli w manifestacji pogardy dla władcy zbudowaną przez niego świątynię w Tebach, wykorzystując pozyskany z niej budulec do dekoracji własnych miejsc kultu.

Z tego aktu damnati memoriae (potępienie pamięci) wywodzi się późniejszy ikonoklazm (Kłótnia o obrazy), czyli, za słownikiem: “ruch religijny skierowany przeciwko sztuce przedstawiającej (głównie Jezusa Chrystusa i świętych), mogącej wg inicjatorów wywołać objawy bałwochwalstwa”. Nawet jeśli podejrzliwie spojrzymy na teorię Slavoja Žižka, że Jezus założył pierwszą partię, to trudno odmówić prawdy założeniu, że każdy ruch religijny jest zarazem ruchem politycznym.

Dario Gamboni w książce “The Destruction of Art: Iconoclasm and Vandalism since the French Revolution” zwraca uwagę, że dla współczesności najważniejszym przykładem jest Rewolucja Francuska, ponieważ ówczesne akty zniszczenia nie dają się wytłumaczyć bez kontekstu politycznego . Bez niego trudno np. wyobrazić sobie, dlaczego Konserwatorium Paryskie w czasie Rewolucji Francuskiej używało klawesynów do palenia w piecach grzewczych.

Spadkobiercami Rewolucji Francuskiej w prostej linii byli futuryści (Marinetti: “Chcemy zburzyć muzea, biblioteki, akademie wszystkich rodzajów”), czy dadaiści. Duchamp namawiał nawet w “Green Box”, że “należy użyć Rembrandta jako deski do prasowania”.

Że kto?
Wątek polityczny kryje się również – choć implicite – w historii najsłynniejszych chuliganów koncertowych świata: The Who.

Subkultura modsów, reprezentowana w dużej mierze przez wczesnych The Who nie należała do najgrzeczniejszych. Grzeczna nie była muzyka formacji z londyńskiego Shepherd’s Bush. Peter Townshend nie był grzecznym gitarzystą – z lubością używał sprzężeń wzmacniaczy, do przesady podkręcał ich głośność, wyzywająco poruszał się na scenie i robił legendarne “młynki” przy biciach strun. Jednym z jego znaków rozpoznawczych była gra z gryfem postawionym na sztorc. Czasem, dla uzyskania ciekawego brzmienia, walił główką instrumentu w strop na sali prób. Jedna z takich akcji skończyła się przebitym na wylot sufitem. “Jeśli i tak rozwaliłem gitarę, to już ją dokończę”, stwierdził Townshend. Myśl zamienił w czyn także na koncertach, co zrobiło piorunujące wrażenie na widzach i perkusiście grupy. Keith Moon nie był facetem, którego długo trzeba namawiać do zadymy: na następnym gigu poszedł w ślady kolegi i wkrótce niemal każdy publiczny występ The Who kończył się kompletną dewastacją. Ta w trakcie udziału w amerykańskim show “The Smothers Brothers Comedy Hour” w 1967 r. mogła  skończyć się fatalnie: Moon napchał w bębny tyle środków pirotechnicznych, że wystarczyłoby ich na oświetlenie nieba na każdym miejskim sylwestrze. Wybuch spowodował niebywały wyraz twarzy prowadzącego i trwałe szumy uszne Townshenda.

Wygląda to na zwykłe kuglarstwo, ale podłoże działań jest całkiem poważne. W 1961 roku Townshend zapisał się do Ealing Art College, gdzie jednym z wykładowców był Gustav Metzger, niemiecki artysta o polsko-żydowskich korzeniach, twórca terminu auto-destructive art. Jednym z jego charakterystycznych performance’ów było cięcie płócien mieczem samurajskim na znak protestu przeciwko proliferacji broni nuklearnej. To na niego (a także na m.in. Yoko Ono) powoływał się w filmie “Niesamowita historia The Who” Townshend, dodając, że “Gitara elektryczna stała się dla mnie instrumentem kontroli, agresji, a później: przemocy”.

Koniec wieńczy dzieło
W końcowej scenie „Zabriskie Point” Michelangelo Antonioniego Daria opuszcza luksusową pustynną daczę swego szefa, oazę nie tyle spokoju, co próżności i zachłanności. Kiedy patrzy z oddali na budynek, jej umysł podpowiada jej podniecające obrazy eksplozji. Przy akompaniamencie „Come In Number 51, You’re Time is Up” Pink Floyd w powietrze wylatuje dom, części garderoby, lodówka. W zwolnionym tempie przez ekran przelatują rozerwane na strzępy książki, wybuch pięknie rozsadza telewizor.

Znaczenie sceny można streścić tak: hippisowskie ideały mają tylko fikcyjną moc zmiany. To zemsta wyobraźni na burżuazji.

Antonioni chciał wykorzystać do filmu położony na obrzeżach Phoenix prawdziwy dom, zaprojektowany przez architekta Hirama Hudsona Benedicta, ale właściciel – co nie dziwi – odmówił. Reżyser ogromnym kosztem wybudował więc nieopodal wierną kopię i nakręcił klasyczną już scenę z użyciem siedemnastu kamer. Cała rzecz, jak mówi: „przypominała operację wojskową”.

To idealne zwieńczenie dzieła jest zarazem sztuką, spektakularną rozrywką i przekazem politycznym, na którą potrzeba było czasu, olbrzymich pieniędzy i namysłu. Rockmani kończący swoje koncertowe dzieła z kikutem gryfu w rękach mają to szczęście, że do takiego polityczno-rozrywkowo-artystycznego efektu potrzebują dużo mniej. Nie można im się więc dziwić, że wciąż próbują, nawet jeśli sami nie mają pojęcia dlaczego, a roztrzaskiwanie gitar samo w sobie może być oszustwem.

Superciężki konkurs

26 Wrzesień 2011

Do wygrania najnowsza płyta Superheavy (Mick Jagger, Joss Stone, Dave Stewart, Damian Marley, A. R. Rahman), w bardzo dobrym stanie. Album zdobędzie ta osoba, która odpowie prawidłowo na następujące pytania:

Po co w ten barszcz Allah Rakha Rahman?
a) hinduski kompozytor i piosenkarz przyprawia ów barszcz odświeżającymi, bollywoodzkimi przyprawami
b) to ekscytujące spotkanie różnych muzycznych światów nie mogło obejść się bez przedstawiciela Azji
c) Rahman, jako wieki filantrop, postanowił podzielić się ze światem swą twórczością, choć świat wcale go o to nie prosił

Jaką korzyść muzyka na płycie odnosi dzięki obecności czwórki wokalistów?
a) żadną
b) niewielką, chyba że za korzyść można uznać np. natrętne dublowanie fraz Stone przez Jaggera w “I Don’t Mind”
c) muzyka może i niewielką, albo żadną, ale wokaliści korzyść z pewnością odnoszą. Zwłaszcza finansową

Dlaczego “Satyameva Jayathe” jest złym utworem?
a) bo ubieranie muzyki etnicznej w nowoczesne szaty wychodzi już chyba lepiej Brathankom
b) bo myślałem, że po “Dancing In the Streets” Jagger nie jest w stanie zrobić z siebie większego osła, a zmieniłem zdanie po 38 sekundzie “Satyameva Jayathe” (tytuł, oznaczający “Prawda triumfuje”, jest narodowym mottem Indii) , zaczynającej się od jego “heeey, comooon, akalaka!”. Przy okazji: proponuję, by Indie od tej pory miały właśnie takie motto
c) bo czy mi się wydaje, czy te chórki we wstępie zalatują “Rzeką marzeń” Bajmu? O “Adiemus” nie mówiąc

Jak bardzo irytujące są wszechobecne melizmaty Stone (przeważnie na samogłoski “U” i “A”)?
a) bardzo
b) bardzo
c) bardzo

Co najlepiej oddaje poziom albumu?
a) solówka gitary w “Rock Me Gently”. Nie powstydziłby się jej zespół Lady Pank, a może i sami Bracia
b) refren i klawisze w “Common Ground”. Superheavy byłby świetną kapelą weselną
c) tytuł piosenki “I Can’t Take It No More”

Czego autorzy krążka powinni się wstydzić najbardziej?
a) pracy sekcji rytmicznej w “I Can’t Take It No More”
b) wokaliz Rahmana i Stone w “Warring People”
c) wciągnięcia w ten projekt – zdolnego przecież – Damiana Marleya. Ewidentnie ktoś chciał mu zrobić czarny PR

Jaki tekst z “Superheavy” wzrusza najbardziej?
a) dramat Jaggera śpiewającego o zepsutym telewizorze w śmierdzącym hotelu w “One Day, One Night”
b) wers “moje serce było w stresie” z “Miracle Worker”
c) wers “moja miłość i mój laser zregenerują twoje serce” z tego samego kawałka

Superheavy “Superheavy”, 2011, A&M
Ocena: sześć na dziesięć

*  Z tym konkursem to wcale nie żart. Proszę o odpowiedzi w komentarzach (można dodawać swoje) d o środy 28.09. Skontaktuję się z osobą, która wygra mejlowo. Koszt wysyłki biorę na siebie, bo – wbrew nazwie – nie jest to rzecz specjalnie ciężka

Wywiad z Catself

15 Wrzesień 2011

O Catself pisałem jakiś czas temu, w kontekście jej sukcesu w Sellaband. Teraz postanowiłem przepytać ją o sam serwis – jego wady i zalety. Kto może je znać lepiej, jeśli nie ona?

To , że Julię Marcell znasz powiedziałaś, zanim włączyłem dyktafon. Byłaś nawet niedawno na jej olsztyńskim koncercie.
Poznałam Julię mniej więcej w tym czasie, gdy nagrywała płytę, lub była po jej nagraniu. Na początku znałam jej muzykę, razem z mężem kupiliśmy parts jej albumu. Pewnego razu tak się śmiesznie złożyło, że napisałyśmy do siebie tego samego dnia.

Właściwie to oczywiste: dwie Polki na jednym serwisie…
Niby tak, ale tam jest dużo ludzi z Polski. Dla mnie najważniejsza była jej muzyka, to na nią zwróciłam uwagę w pierwszej kolejności.

Jakie wrażenia po jej koncercie?
Było wspaniale, choć to nie pierwszy koncert Julii, na którym byłam. Grałyśmy nawet jeden koncert razem – wtedy była jednak bez zespołu, a w Olsztynie widziałam ją z jej grupą. Było niesamowicie, grali półtorej godziny przy pełnym amfiteatrze. Wykonywała muzykę z niewydanej jeszcze płyty “June”. Teraz jej muzyka jest bardziej, hmm, uptempo.

Zebrałaś fundusze na płytę, ale teraz szukasz wsparcia finansowego na promocję płyty i trasę koncertową. Chcesz zebrać 20 tys. euro.
Tak, z tym że jeśli zbiorę mniej, to wykorzystam po prostu mniejszą sumę. Zobaczymy, czy się uda. Niedawno Sellaband wprowadziło limit czasowe na projekty, zamknięto kilka tysięcy z nich. Kiedy ja się zapisywałam, można było zbierać pieniądze choćby i dziesięć lat. Teraz nie. To nie jest dobre, choć muzycy znaleźli z tego wyjście: po prostu po tym, gdy  zamknięto ich niedokończone projekty, założyli kolejne i poprosili fanów o wpłacanie pieniędzy tam. Jeśli serwis je zamknie – założą nowe, i tak dalej.

Jak uważasz, na ile Sellaband pomógł Ci w karierze muzycznej?
Staram się nie używać zwrotu “kariera muzyczna”…

Ok, nazwij to, jak chcesz.
Nie jestem zagorzałą fanką ani żadnego artysty, ani serwisu. Początkowo wielu osobom – i artystom, i sponsorom – wydawało się, że Sellaband będzie prawdziwą rewolucją w muzycznym świecie, że inwestorzy zarobią na tym mnóstwo pieniędzy. Z tego co słyszałam, początkowo serwis reklamowany był nie w pismach muzycznych, a biznesowych. Tam przedstawiano go jako zjawisko ekonomiczne, nie artystyczne.Prawda jest jednak taka, że zawsze początkujący artyści mają problemy z utrzymaniem się ze swojej działalności, a co dopiero mówić o możliwości zrobienia na nich majątku. Jednak jako muzyk chcę skorzystać z każdej możliwości i Sellaband ją daje. Skłonił mnie do tego głównie sukces Julii. Przez rok używałam Sellaband, by wyszukać jakichś nowych, ciekawych artystów i, szczerze mówiąc, wcale nie ma tam zbyt wiele muzyki tak dobrej, jak jej.

(W tym momencie do stolika w restauracji, w której rozmawiamy, podchodzi Cyganka z talią kart i hasłem: “Powróżyć?”. Odpowiadam, że “tak, pod warunkiem, że zgadnie Pani, jak zawód wykonuje ta Pani”, wskazując na Catself. “Ona jest na wysokim stanowisku”, odpowiada kartomantka, przekreślając tym samym możliwość zarobku. Upiera się jednak przy swoim, na co Catself mówi: “Proszę Pani, nie mam pieniędzy. A skoro jest Pani jasnowidzką, to powinna Pani to wiedzieć”).

Mimo wszystko powiodło Ci się, jako drugiej Polce w historii. Co więcej,  do tej pory zebranie całej sumy udało się mniej niż stu muzykom
Nigdy nie zakładałam, że uda mi się zebrać tyle pieniędzy.  Moje marzenia były kiedyś skromniejsze: że odłożę sobie z czasem na sprzęt do nagrywania, sama wypalę sobie CD z moimi piosenkami i sama będę ich słuchać. Naprawdę! Ale poczułam w pewnym momencie, że muszę się sprawdzić. Wiedziałam, że jeśli ludzie będą chcieli wesprzeć mnie na Selleband, to oznacza, że będą chcieli też słuchać mojej muzyki już po wydaniu płyty i na koncertach… Co prawda, niemal od początku mówiono, że mam spore szanse, ale powtórzę to, co mówiłam w wywiadzie dla Radia Lublin: jeśli ktoś ma zespół i jest w stanie zrzucić się na sprzęt i wspólnie odłożyć na wydanie albumu, czy też jest solistą i ma możliwość zarobić na ten cel pracując gdzieś w wakacje – niech wybierze tę drogę. Na Sellaband nie ma  pewności, że uzbiera się choćby dolara.

40 tys. euro to jednak mnóstwo forsy
Tak się tylko wydaje. Po pierwsze: Sellaband pobiera od całej sumy 15 proc. Dalej: mam niemal 850 fanów. Zgodnie z zasadami, każdemu z nich muszę wysłać album. Trzeba zapłacić za nagranie tych płyt, za wytłoczenie, za wydrukowanie książeczki itd. Niektórzy moi fan są aż z Nowej Zelandii, niektórzy zamówili kilkaset płyt, a wysyłka jest na mój koszt. Innym believerom dałam możliwość wyboru: zamiast większej liczby kompaktów oferuję np. ekskluzywną koszulkę z autografem i haftem. To też kosztuje. Same koszty wytłoczenia płyt i wysłania ich obliczam na ok. 10 tys. euro.

Co zdecydowało o sukcesie?
Szczerze: trochę szczęścia. Na przykład to, że zapisałam się do serwisu jeszcze przed zmianami: spotem były problemy (w 2010 r. ogłoszono bankructwo Sellaband – przyp. F), przez kilka tygodni nie działała strona,  zlikwidowano część zbyt długo trwających projektów. Stary regulamin miał wady i zalety. Zaletą było to, że jak już mówiłam, projekt mógł trwać dowolnie długo. Były i inne różnice. Regulamin mówił choćby, że kwota jest sztywna – można było założyć, że uzbiera się 50 tys. dolarów (dokładniej 50 lub 100 tysięcy – przyp F). Dawało to pewną możliwość przewidywania: jeśli ma się uzbierany tysiąc dolarów, to jest tylko jakaś malutka szansa. Kiedy ma się 20 tys., to właściwie wystarczy już tylko czekać, bo powyżej pewnego poziomu sukces był niemal pewny. Kłopotem było dobić do tej wyższej stawki. Teraz z kolei  zbieranie idzie dużo wolniej.

Jaka będzie Twoja płyta?
Energiczna, to na pewno. I nie będzie sztuczna, wycyzelowana.

Masz już gotowy tytuł?
Właściwie nie – tytuł przyśnił mi się poprzedniej nocy. Po przebudzeniu wydawał się dobry, ale teraz nie wiem, czy nie zabrzmi głupio, więc nie powiem.

Czas Profesjonalizmu

12 Wrzesień 2011

Poznawanie “Chopin Chopin Chopin” Profesjonalizmu zacząłem od końca, więc  relacja z ich koncertu w Teatrze Andersena i recenzja albumu mają odwróconą strzałkę czasu.

“Ach, więc tak to brzmi na nagraniu”, myślę sobie, odsłuchując “Chopin, Chopin, Chopin” z zakupionej po koncercie płyty (dzięki, Olga!). Fajnie brzmi, staroświecko, jakbym wcale nie AKG miał na uszach, tylko zdezelowane Unitry. Zakładając, oczywiście, że dałoby się je jakoś do mojej łepetyny przymocować.

Muzycy grupy po raz kolejny kłaniają się oklaskującej ich publiczności. Bisu nie będzie, bo zaraz grają Kwadratowi, no a poza tym – nie ma już za bardzo na czym grać. O czym za chwilę, czyli przed chwilą.

Kilka minut wcześniej niemal w drobny mak idzie perkusja młócona bezlitośnie przez Rogiewicza, a razem z nią sypie się melodia i rytm “Poloneza”. W zestawie spada ride, hi-hat dawno poległ, a tom-tom zaraz ogłosi kapitulację. W tym samym czasie w kompozycji żrą się dwa kontrastujące fragmenty. Ten, powiedzmy, patetyczno-Chopinowski z czasem przemienia się w szalony, nowoorleański jam z rasowo świdrującym klarnetem. Z kolei z tego, powiedzmy, frywolnie rockandrollowego zostają strzępy. Dwukrotnie powtórzony pięciodźwiękowy motyw pod koniec numeru poznać można już tylko po partii fortepianu, która i tak przykryta jest tłuczeniem w bębny i freejazzowymi wycieczkami dęciaków. Nie wiadomo kto wygrał, kogo to obchodzi, na scenie nikt oprócz perkusisty nie siedzi, fajerwerki, le grande finale, słowem.

W trzech czwartych wieczoru już rozumiem, dlaczego niektórzy Maseckiego nie lubią. “Ballada”  grana jest krzywo, w poprzek i na przekór. “Tak się nie gra, łobuzy”, słyszę prawie jakiegoś fana ECM-u krzyczącego z oburzeniem. Ale jednocześnie jest brzydka fascynującą brzydotą, tak jak fascynujący i brzydki jest deszczowy listopad, czy Steve Buscemi. Bo przecież w kontrapunkcie do ujadającej sekcji dętej mamy cudowne ostinato pianina lidera grupy. Hipnotyzujące. A tak przy okazji: czy tylko mi się wydaje, czy Masecki ma Theloniousa Monka we krwi?

Jest środek koncertu i Profesjonalizm testuje naszą cierpliwość “Abersoldem”. Przypominam: jest piątek wieczorem, my tu po całym tygodniu roboty, człowiek zmęczony, senny, a ci: szuranie po werblu i kontrabas, któremu zamiast strun Piotr Domagalski założył flaki. Z olejem. Jednak w kontekście tego, co dzieje się później (a raczej wcześniej, z punktu widzenia tego tekstu) takie spowolnienie akcji ma sens – dramatyczna końcówka po czymś takim wydaje się jeszcze bardziej dramatyczna. (Notka z przyszłości: dlatego tak ważne jest, by nagranie przesłuchiwać w całości i bez zmiany w kolejności utworów)

Na albumie marszowe tremolo na werblach w “Drugim” trwa dużo krócej i jest mniej efektowne, o czym jeszcze nie wiem. Że Rogiewicz to zdolny kocur – to już wiem. Że blisko mu mentalnie do szalonej żonglerki akcentami i tempami uprawianej tak chętnie przez Chrisa “Daddy” Dave’a - tego mogę się tylko domyślać.

“Drugi”. Perfekcyjne wejścia na raz, stop-and-go, radykalne zmiany rytmu, nastroju i tempa. Ktoś mnie tu robi w King Crimson albo w The Art Ensemble of Chicago? (Notka z przyszłości: tyle że bez yntelektualnych naleciałości tych pierwszych)

Masecki et consortes wchodzą na scenę. Kilka pierwszych myśli: “Masecki tak nonszalancko siada przy klawiaturze (noga na nogę itd), że nie dziwota, iż nie wszyscy traktują go serio”; “Chcę taką koszulkę, jaką ma pałker”; “Nie chcę takich spodni, jakie ma pianista”.

Za chwilę mamy wejść na koncert, a tu Andersenie pustki, wiatr hula, uschnięta bylica trójzębowa przetacza się smutno w tę i z powrotem. “Może przyszliśmy za wcześnie?”, pyta żona. Nie przyszliśmy, to na muzykę Profesjonalizmu jest w Lublinie chyba za wcześnie.

Koncert Profesjonalizm, 9 września 2011, Teatr Andersena, Lublin

Profesjonalizm, “Chopin Chopin Chopin”, Lado ABC, 2011

Ocena: osiem na dziesięć

Najpierw Julia Marcell, teraz Catself

7 Wrzesień 2011

Nie wiadomo, jak potoczyłoby się życie Catself, gdyby nie skorzystała z serwisu internetowego Sellaband. Może spełniłaby marzenie o wydaniu własnej płyty, może grałaby  koncerty, może interesowaliby się nią fani z całego świata, może po przyjeździe do  rodzinnego Lublina z Finlandii (gdzie obecnie mieszka) udzielałaby wywiadów mediom? Może. Ale nie ma co gdybać – skorzystała, i za jego pośrednictwem uzbierała40 tys. euro na wyda-nie debiutanckiego albumu. Jest drugą Polką w historii, której udała się ta sztuka.

Założony w 2006 roku Sella-band ma na celu pomoc muzykom w sfinansowaniu  nagrania płyty lub trasy koncertowej. Zamiast opłacających to zwyczajowo wytwórni, fundusze za pośrednictwem serwisu wykładają sami fani.  Zgodnie z zasadami otrzymują za to udziały w zyskach z przyszłej sprzedaży krążka, stosowne do wpłaconej kwoty. Sellaband pobiera od tego 15 procent prowizji.

W Polsce o Sellaband zrobiło się głośno po sukcesie Julii Marcell. Wokalistka zarejestrowała się tam w lipcu 2007 roku, a już tydzień później miała zebrane 50 tysięcy dolarów na wydanie debiutu. Mimo że po drodze serwis popadł w finansowe tarapaty, to niektórzy wylansowani przezeń artyści radzą sobie całkiem dobrze: Marcell na dniach wydaje już drugą płytę.

Podobny sukces może być udziałem Catself, którą wsparło 849 użytkowników (z tak odległych miejsc jak Nowa Zelandia). Wystarczyło, żeby zebrać określoną sumę i pokonać w rywalizacji ok. tysiąca konkurentów.  Wyczyn tym większy, żedo tej pory udało się to ledwie kilkudziesięciu artystom z Sellaband.
- Większości z moich sponsorów nie znam. Kiedy zakończyłam zbieranie funduszy, odpisałam im mejle z podziękowaniami, oni odpisali: „Nie ma za co”,  i tyle – mówi Catself, na co dzień Agnieszka Holm. – Teraz czeka mnie wysyłanie do nich płyt, co  wedle regulaminu jest moim obowiązkiem.

Catself zapowiedziała debiutancki krążek na przyszły rok. Mają się na nim pojawić m.in. muzycy z lubelskiej Orkiestry św. Mikołaja. Tytuł wciąż jest tajemnicą – Catself mówi, że przyśnił się jej zeszłej nocy i nie wie, czy nie będzie brzmiał głupio. Założenia artystyczne: ma być akustycznie i prawdziwie, czyli w stylu jej dotychczasowych dokonań. Nie licząc lekko zakręconych numerów, artystka preferuje intymną muzykę, najczęściej z użyciem fortepianu, któremu towarzyszy charakterystyczny, nieco dziecinny wokal.

Niektórzy nazywają to nowym celtyckim folkiem, choć ona sama nie bardzo wie, czy takie określenie ma sens.
- Wyjeżdżałam przez jakiś czas do Irlandii, więc może gdzieś te celtyckie echa słychać… – zastanawia się.
Oczywiście jej najważniejszym wyjazdem był ten do Finlandii, gdzie trafiła za sprawą wymiany studenckiej jako studentka UMCS. Przed wyjazdem wiedziała o tym kraju tyle, że jest zimny i bardzo zalesiony. Miała czas poznać go bliżej, imając się przeróżnych zajęć: od pracy kelnerki i opiekunki niewidomych uczniów, po opiekę nad psami i zbieranie jagód.

Teraz już wie, że jej celem jest muzyka. Pojawił się za to inny dylemat: skoncentrować się na graniu w Finlandii, gdzie ma męża, w Holandii, gdzie ma menedżera, czy w Lublinie, gdzie mieszka jej rodzina?
Aha, nie wolno zapominać o Nowej Zelandii, skąd pochodzi jej najbardziej hojny fan. Tam też wypada dać koncert, w końcu jest mu winna  przysługę.

Kurier Lubelski, 7 września

Profil Catself w Sellaband

Dziurawe sito internetu

5 Wrzesień 2011

W końcu wiadomo, w jakim celu wynaleziono cały ten przeklęty Internet: żeby móc sobie dowoli oceniać. Co oceniać? A to już naprawdę wszystko jedno

Stare dobre czasy, kiedy mediom przewodziła telewizja, a gazeta wymagała papieru, wcale nie były takie dobre. Były frustrujące.

Jeśli przeczytana książka okazywała się tak zła, że po lekturze miałeś ochotę udusić pisarza, w odruchu międzyludzkiej solidarności mogłeś przestrzec przed nią co najwyżej rodzinę, przyjaciół i sąsiadów z klatki. Jeśli zachwalany przez sprzedawcę odkurzacz zepsuł się następnego dnia, miałeś do dyspozycji: zrobić awanturę w sklepie lub bezskutecznie bojkotować producenta. A jeśli chciałeś powiedzieć całemu światu, jak genialny jest nowy album ulubionej kapeli, pozostawało ci przestawić go w bardziej widoczne miejsce na półce w sklepie muzycznym.

Internet wywrócił wszystko do góry nogami. Możesz podzielić się poglądami z każdym i na każdy temat: zaznaczyć pięć gwiazdek przy nazwie płyty w serwisie muzycznym, wystawić najniższą notę książce w wirtualnej księgarni i kliknąć „nie polecam” przy odkurzaczu w internetowym sklepie. Ba! Możesz dać notę piwu (RateBeer.com), podzielić się stanowiskiem na temat muzeum (RateThis-Museum.com), całego kraju (RateMyCountry.com), a nawet, w wolnej chwili, ocenić sobie jakiegoś Azjatę (RateThisAsian.com).

To nowoczesne i atrakcyjne? W porządku. Nie łudź się tylko, że głosujesz zgodnie z własnymi przekonaniami ani że internetowe gwiazdki są miarodajne.

Przed erą Internetu informacje były trudno dostępne (książki, płyty i filmy nie fruwały beztrosko po sieci, jak teraz), łatwiej za to było o zaufanie do ich jakości – niemal wszystko, co trafiało na papier, przechodziło przez redaktorskie sito.

Przypominało to podróżowanie hulajnogą po amerykańskiej autostradzie. Droga była dobrze oznakowana i pozbawiona groźnych wiraży, ale dotarcie do wyznaczonego punktu nastręczało nie lada problemów. Teraz wygląda to jak jazda bolidem po gigantycznym, obcym mieście. I to takim, w którym nie ma korków. Możesz dostać się do celu w mgnieniu oka, z tym że przy takiej liczbie skrzyżowań i ślepych uliczek rodzi się pytanie: jak trafić we właściwe miejsce?

Wystawiane gwiazdki są drogowskazami, pozwalającymi na zaoszczędzenie cennego paliwa – twojego czasu. By ów czas zaoszczędzić, kierujemy się opiniami internautów, a często opiniami na temat opinii.

Dalsza część tekstu w „Przekroju”. Kto nie ma ochoty płacić – może dostać wejście za paywall za darmo TUTAJ

Wszystkiego najlepszego, panie Cage!

2 Wrzesień 2011

Być może nudne akademie ku czci sprawdzają się dla uczczenia pamięci niektórych artystów. Odsłoni się jakiś pomnik lub tablicę, ktoś złoży kwiaty, a oficjel palnie mowę pochwalną, w trakcie której ostatnie rzędy na chwilę przysną. Ale w przypadku przypadającej na następny poniedziałek 99. rocznicy urodzin kompozytora Johna Cage’a nic z tych rzeczy nie wchodzi w rachubę.

Plan A jest taki: Bierzemy z domu radioodbiornik. Przynosimy go na plac Litewski w Lublinie. Podłączamy tam do prądu. O 16.33 nastawiamy urządzenie na częstotliwość Polskiego Radia 2, które w tym czasie planuje transmisję utworu Cage’a “Aria (Fontana Mix)”.

Plan B, w wypadku braku radioodbiornika,zakłada pożyczenie go od babci, jak proponują organizatorzy akcji nazwanej “re:Transmisja”, czyli Ośrodek Rozdroża. Rozdroża są jednocześnie pomysłodawcą Roku Johna Cage’a w Lublinie. Będziemy go obchodzić w 2012 r., z okazji 100. rocznicy urodzin amerykańskiego artysty. Chwilę później na placu odbędzie się konferencja poświęcona temu wydarzeniu.

“Aria (Fontana Mix)” to kompozycja napisana przez Cage’a w 1958 roku z dedykacją dla znakomitej śpiewaczki Cathy Berberian. Prawdę mówiąc, trudno byłoby znaleźć kogoś równie jak ona odważnego i zdolnego, by po raz pierwszy wykonać tak zawiły utwór.

 Zapis “Arii” to dwadzieścia stron partytury, z których każda równoważna jest 30 sekundom muzyki. Myśląc “partytura” nie można jednak wyobrażać sobie klasycznej serii nut na pięciolinii. To raczej zbiór kolorowych kresek odpowiadających wysokości głosu oraz abstrakcyjny tekst w języku armeńskim, rosyjskim, angielskim i francuskim (TUTAJ tekst). Każdy kolor oznacza jakąś interpretację wykonawcy. Jaką? To zależy wyłącznie od śpiewaka. Zresztą Cage, zafascynowany przypadkowością w muzyce, zostawił tu wykonawcy dużo większy margines wyboru.

Przypadkowa nie jest za to godzina happeningu: 16.33. “4’33″ to najsłynniejszy utwór Amerykanina, ten, który nie zawiera żadnego dźwięku.

Kurier Lubelski, 1 września

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.