O brzmieniu ciał niebieskich

1 Kwiecień 2011

 

Każdy koncert jest jak film: ma swoją fabułę, zmiany akcji, punkty kulminacyjne, scenografię, oraz, co najbardziej oczywiste, ścieżkę dźwiękową. Otwierający cykl Minimum-Maksimum set Christopha de Babalona i kolejny, Pure’a, też były filmami. Pierwszy -  horrorem, drugi -  science fiction.

Christoph de Babalon, 19 lutego

Scenografia

Minimalistyczna. Na przekór fakturze utworów, którym do minimalizmu daleko, ale zgodnie z ich mrocznym klimatem, gdyż wszystko w Labiryncie było czarne: czarne narzuty na stole ze sprzętem, czarne zasłony na ścianach, czarne koszulki muzyków. Najczarniejszy zaś był charakter głównego bohatera (w tej roli sam de Babalon), z którego był prawdziwy…

Szwarcharakter

Obsadzenie w tej roli niemieckiego artysty może wydawać się dziwne. W końcu ktoś, kto porywa dziesiątki ludzi swoją sztuką nie może być zły do szpiku kości, ale de Babalon jako pozytywny bohater miałby tyle samo sensu, co Klaus Kinski grający nauczyciela w przedszkolu. Myślmy o autorze „If You’re Into It, I’m Out Of It” raczej jak o szamanie, który za pomocą muzyki wprowadza plemię w trans, mistrzu okultystycznej ceremonii, albo nawet czarnej mszy. Właściwie, patrząc na jego posępne miny i rzucane co chwila piorunujące spojrzenia, skojarzenia z Kinskim nie wydają się od rzeczy. Całości dopełniały…

Efekty specjalne

W tym wypadku w postaci fotograficznych kolaży Iana Liddle’a, na których wycinki z folderów reklamowych mieszały się z pornografią. Ale i tak o nastroju grozy decydowała w głównej mierze…

Ścieżka dźwiękowa

Składała się niemal w całości z materiału z przedostatniej płyty Niemca „Scylla & Charybdis”, która sama w sobie jest horrorowym concept-albumem. Opiera się na przytaczanym przez Homera i Owidiusza micie o dwóch kobietach, zamienionych w morskie potwory. Mocno kontrastujące części albumu ilustrują najpierw idyllę życia przed przemianą (ambient), metamorfozę (fragmenty z diabolicznym wokalem) i egzystencję jako monstrum (breakcore-że-nie-ma-zmiłuj). De Babalon modyfikował muzykę od czasu do czasu przyspieszając tempo, zmieniając barwę dźwięków, a najchętniej robiąc rzecz prostą, choć bardzo efektowną: wciskał na sekundę przycisk „pause”, co napędzało rytm podawany w zawrotnych szybkościach. Te i tak były umiarkowane, w porównaniu z tym, co zaprezentowali…

Aktorzy drugoplanowi

Tak można chyba określić Despera i Reelcasha, którzy odpowiednio zamykali i otwierali występ gwiazdy. Set Reelcasha nie pędził na złamanie karku, był za to gęsty od psychodelicznych sampli i niskiego dubstepowego basu. Za to ten drugi poszedł na całość, serwując grubo powyżej 300 uderzeń na minutę czym, jak sam przewidział wcześniej, „wyczyścił parkiet” ze słuchaczy, czyli…

Statystów

Tych było całkiem sporo, biorąc pod uwagę niszowy status de Babalona. Być może frekwencję Minimum-Maksimum zawdzięcza Radiohead, którzy tego samego dnia wydali najnowszy krążek „The King of Limbs”, a przecież na każdym plakacie i w każdej informacji o muzyku powtarzał się wątek o respekcie, jakim darzy de Babalona wokalista Radiohead Thom Yorke.

Obserwacja tańczących do ostrej elektroniki uczestników koncertu znów przywodziła na myśl jakiś film grozy. Po pewnym czasie już wiedziałem jaki: pierwszy „Blade” i początkowa scena w wampirzej dyskotece. Może i w filmie krew lała się hektolitrami, a trup słał gęsto, ale zapewniam, że w Labiryncie było straszniej. I grała tam lepsza muzyka.

Pure, 12 marca

“Odyseja kosmiczna” Arthura C. Clarke’a ma cztery części. Dwie są zekranizowane, dwie nie. Nie wiem, kto powinien je wyreżyserować, ale jestem przekonany, że Pure powinien napisać do nich muzykę. To przekonanie jest skutkiem pewnych badań naukowych.

W kosmosie nie ma dźwięku. Do jego powstania niezbędne są cząsteczki powietrza, których w kosmicznej próżni brak, co nie przeszkadza większości autorów filmów sci-fi oszukiwać widza, dodając wielkie „ka-bum!” przy eksplozjach planet i buczenie silników statków kosmicznych.

Ciekawe jednak, że w pewien sposób kosmos ma swoje brzmienie. Niedawno eksperci z NASA przekonwertowali fale radiowe emitowane przez poszczególne ciała niebieskie na fale dźwiękowe, a efekty ich pracy są dostępne do odsłuchu na stronie spacesounds.com. Po jej odwiedzeniu stało się dla mnie jasne, dlaczego Pure vel Peter Votava tak bardzo pasował mi do „Odysei”: jego set w Labiryncie łudząco przypominał wyniki eksperymentu NASA.

Na swoim pierwszym lubelskim występie autor „Ification” momentami zbliżał się do brzmień Ganimedesa i Jupitera. Ten pierwszy to glitch  – trzaski i kliknięcia, które w przypadku Ganimedesa wytwarza jego magnetosfera, a w przypadku Austriaka –  jego laptop. Jupiter to zwichrowana i nieuporządkowana noise music, którą Pure przywoływał od czasu do czasu.

Można było doszukać się także podobieństw do stukającego głucho pulsara PSR B0329+54, jednak zdecydowanie najwięcej w jego muzyce elementów podobnych do brzmienia czarnej dziury o uroczej nazwie GRS1915+105. I Pure, i GRS1915+105 to dark ambient – ponure plam dźwięku, pulsujące z częstotliwością kosmicznego morza.

Nie brakowało też – paradoksalnie – Słońca, emitującego niskie, wibrujące drony. Nawet częstotliwość (gdzieś w okolicach 30-40Hz) była podobna. Inna była za to długość dźwięku – „Serce Słońca” bije nieco szybciej, a drony w wykonaniu Votavy ciągnęły się przez kilkanaście minut, wywołując u słuchaczy trudny do opisania stan fizyczny. Jeśli ktoś na sali doświadczył przez to halucynacji wizualnych – nie zdziwię się. Nie zdziwię się też, jeśli były one związane z podróżami międzyplanetarnymi.

Stanley Kubrick w swojej wersji „Odysei kosmicznej” nie popełnił błędu kolegów po fachu- jego kosmos jest piękny i brutalnie wręcz cichy.  Kosmos Pure’a  jest brutalnie głośny, lecz równie piękny.

Miesięcznik “Zoom”, kwiecień 2011

Odpowiedzi: 4 to “O brzmieniu ciał niebieskich”

  1. Kris Powiedział/a:

    Zawsze żałowałem, że nie dane mi było zobaczyć kubrickowej odysei w kinie – w jakimś mutliplexie musiałby to mieć wręcz klaustrofobiczny charakter – ten Sound Of Silence.

    Fajny wpis, szkoda że mnie to ominęło :(

  2. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    “Fajny wpis, szkoda że mnie to ominęło ”

    Dzięki, i nie czuj się winny – na drugim koncercie było może 30 osób.


  3. [...] dorwał Aphex Twina Marceli Szpak wspomina dekadę Skinnera Paweł Franczak słucha pierwszego Minimum-Maksimum Dorota Płuchator zgłębia trzecie Asymmetry Festival Piotr Nowak spuszcza powietrze z Oxbow [...]


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.