
1. Hamid Drake powinien mieć dożywotniego bana na zapowiadanie występów
Czekając na dostawienie odsłuchów (o znaczącej roli akustyka jeszcze powiem) perkusista zaczął opowiadać o idei koncertu.
Mówił, wtrącając co chwila pauzę hezytatywną “ahhh um”, o pobycie w Szwecji
O energii, która przepływa między muzykami, ahhh um…
O podobieństwie tej idei do koncepcji z “Gwiezdnych Wojen”, ahhh um…
O swoim pierwszym spotkaniu z Donem Cherry’m, ahhh um…
O muzykowaniu w Chicago, ahhh um…
O wspólnym graniu z Cherry’m, ahhh um…
O wygasłej wizie do Szwecji trębacza, ahhh um…
O tym, jak sobie z tym problemem poradził, ahhh um…
O tym, jak ważne było dla niego granie z Cherry’m, ahhh um…
O składzie, z którym grał w latach 70., ahhh um…
O world music, ahhh um…
O music of the world, ahhh um…
O tym, że music of the world to tak naprawdę world music, ahhh um…
O tym, że music of the world była wcześniej, niż world music, ahhh um…
O tym, że nie każdy wie, że music of the world była wcześniej, niż world music, ahhh um…
O tym, że oni nazywali world music music of the world, bo inni tego tak nie nazywali, ahhh um…
O współpracy z Fredem Andersonem, ahhh um…
O współpracy z Pasquale Mirrą, ahhh um…
O podobieństwie muzyki do życia codziennego, ahhh um…
O egoizmie w muzyce, ahhh um…
O trudności z poskromieniem swojego ego, ahhh um…
O niektórych muzykach, mających z tym problem, ahhh um…
O wyjeździe do Szwecji (zaraz, czy już o tym nie mówił?), ahhh um…
O symbiozie miedzy muzykami, ahhh um…
O żesz w mordę, jak długo mówił, ahhh um…
O żesz w mordę, jak on często powtarzał “ahhh um…”
Na szczęście w chwilę potem zasiadł za perkusją, by grać, nie gadać i szczęki nam, ahhh um… opadły.
2. (Nieoficjalnie) Mikołaj Trzaska nie znosi Dave’a Douglasa
… którego występ otwierał, i którego ma za komercyjnego fircyka. Owszem, fircyka z umiejętnościami technicznymi, ale grającego pod publiczkę. Chciałbym więcej takiego grania pod publiczkę, bo moim zdaniem, to nie merkantylizm, tylko profesjonalizm. Zauważyłem na przykład, że w pewnym momencie Nasheet Waits wymienił się z Douglasem spojrzeniem mówiącym: “stary, ta trasa jest tak męcząca, że ja tu zaraz na perkusję padnę ze zmęczenia”, a mimo to kilka chwil później sypnął taką solówką, że chowaj się, kto żyw. Dave ma najwidoczniej zasadę, jak Kazik Staszewski: “słuchacz nasz pan i trzeba mu dać jak najwięcej za jego pieniądze”. Stąd też polityka “keep smiling”, zabójczo trudne fizycznie granie (o tym, że trąbka to najbardziej wymagający blaszak mówił w “Desperado” Tomasz Stańko), wspaniały kontakt z widownią i wszechobecny humor. Po którymś z kolei aplauzie muzycy zastanawiali się, czy dobiegające z sali po solówkach “uuuuuuouuuu!” wyrażają aprobatę, czy dezaprobatę. Nie będąc do końca pewnymi postanowili piszczeć “uuuuuuouuuu!” sami sobie. Ok, może z cytowaniem “Da Ya Think I’m Sexy?” Roda Stewarta Dave przesadził, ale obwarowywanie się Trzaski na pozycji orędownika sztuki wysokiej mocno mnie zniesmaczyło. Bo na dobrą sprawę, czy Louis Armstrong nie robił przypadkiem w muzyce rozrywkowej?
3. Na wibrafonie można grać długopisami
A także pałeczkami dłońmi (Taylorowskie klastery!), paznokciami, uchwytami pałeczek (piękne alikwoty) i palcami. Copyrights: Pasquale Mirra.
4. Wszystko mi się kojarzy
Uwielbiam rzucać sprośne (nie zawsze mądre) dowcipy. Na koncercie Hery nie miałem jednak zbyt wiele czasu na dowcipkowanie, bo formacja Zimpla tak efektownie łączyła free jazzowe odjazdy z melodyjnymi motywami a la post-rock i swingującą perkusję Szpury z chropowatą stylistyką Zimpla (zdecydowanie spod znaku europejskiego free), że jedynym skojarzeniem było to z Art Ensemble of Chicago, którego duch odrodził się właśnie na Ziemi Wolskiej Polskiej.
Ale gdy zobaczyłem, że Ksawery Wójciński przykłada usta do, ekhm, wielkiej słowackiej fujary, tego było za wiele: przecież tak mógłby zaczynać się znakomity słowacki film porno! Już mam nawet pomysł na scenariusz: akcja dzieje się w Tatrach, pewien młody pasterz…
5. Unikać telewizji
Zamiast lecieć na złamanie karku, żeby przeprowadzić wywiad z Trzaską i Gasser dla TVP Lublin powinienem najpierw spytać: “co, kto, gdzie, i przede wszystkim, za ile?”. Bo na miejscu okazało się, że pytania są już w sumie gotowe, a ja miałbym pomóc w tłumaczeniu z angielskiego, za przysłowiowe thank You. Paniusia z TVP rzekła była bowiem, że ona z angielskiego to nie bardzo. Za to ze dwa pytania mogę zadać wiolonczelistce, bo paniusia nie wie, kto, co i zacz, a tak w ogóle, to ona tu jest w zastępstwie za koleżankę i na muzyce to się ona nie zna, bo jest z innego działu. Dałem sobie spokój.
Stary, a głupi jestem.
6. Kupić amfę Amerykanom
David Boykin zapowiadany był jako kontynuator wielkiej tradycji chicagowskiej szkoły saksofonowej. Czyli, że z tej bajki, co Roscoe Mitchell, czy Anthony Braxton, i jako człowiek bardzo skromny. Drugie rzeczywiście się potwierdziło: Boykin wstydził się chyba dobrze grać, bo jakoś tego nawiązania do tradycji nie usłyszałem. Usłyszałem za to mnóstwo sztampy na początku (chłopaki zagrali mdławy temat, podali go sobie z ręki do ręki i po sprawie), bełkotu w środku koncertu (saksofonista rapował o ewolucji, rewolucji, Egipcie, Afryce i tym podobnych tematach-klasykach nawiedzonego hip-hopu) oraz kiczowatej awangardy pod koniec (za technikę arco Josh Abrams nie wyleciałby z każdego poważnego składu, tylko dlatego, że by go tam nie wzięli). Kilka osób na sali się zdrzemnęło, ja walczyłem ze snem do końca. Następnym razem zrzućmy się na trochę dobrej polskiej amfetaminy dla chłopaków z bratniego narodu amerykańskiego.
7. Ufać żonie
Od dziecka uwielbiałem czołówkę z “Sensacji XX wieku” i pewnie nie jestem jedyny. Jako człowiek dorosły dowiedziałem się, że muzykę do niej napisał Joseph Irving, odpowiedzialny też za utwór do “Prison Break”. Ale dopiero na secie Igora Boxxa okazało się, że tę kompozycje można podeprzeć tłustym beatem, pociąć i dołożyć skrecze, a ona i tak wbije w ziemię. Potwierdziła to moja żona, która stwierdziła, że tylko raz miała ciarki na tym festiwalu i było to właśnie przy tamtym numerze.
8. Nie ufać Chuckowi Norrisowi
Tytuł filmu z Chuckiem “Good Guys Wear Black” z 1978 r. okazał się bardzo kłamliwy. Pewien akustyk Lublin Jazz Festival nosi się na czarno, a bohaterem pozytywnym na pewno nie był. Zapomniał postawić odsłuch Pasqualowi Mirrze, nie kwapił się podczas soundchecków do ustawiania mikrofonów Trzasce (aż ten mu o tym przypomniał), poplątał jakieś kable od odsłuchów Douglasowi i jego Brass Ecstasy, doprowadził do furii klarnecistę na koncercie Boxxa. Podobno facet w środowisku lokalnych realizatorów jest legendą, która – w to nie wątpię – dorówna kiedyś tej Chucka.
9. Muzyka poznasz po uścisku dłoni
Kolega współorganizujący 3. LJF opowiadał, że Hamid Drake i Mirra pakowali się właśnie do auta, kiedy obok podjechali Voo Voo (grali koncert tego samego dnia na Placu Zamkowym). Polacy z szacunkiem podeszli do Drake’a i przywitali się, wymieniając krótkie kurtuazje. Gdy już oddalili się, perkusista spytał kolegę, kim byli ci panowie? Ten mu odpowiedział, że polski zespół, że kultowy, że grają tu dzisiaj etc. “A kim był ten jegomość?”, dociekał, wskazując na Waglewskiego. Po otrzymaniu odpowiedzi Drake pokiwał z szacunkiem głową i powiedział: “Muszę sprawdzić kiedyś, co on tworzy, bo to jest świetny muzyk”.






