Archiwum dla Kwiecień, 2011

9 rzeczy, których dowiedziałem się, dzięki 3. Lublin Jazz Festival

21 Kwiecień 2011

1. Hamid Drake powinien mieć dożywotniego bana na zapowiadanie występów

Czekając na dostawienie odsłuchów (o znaczącej roli akustyka jeszcze powiem) perkusista zaczął opowiadać o idei koncertu.
Mówił, wtrącając co chwila pauzę hezytatywną “ahhh um”, o pobycie w Szwecji
O energii, która przepływa między muzykami, ahhh um…
O podobieństwie tej idei do koncepcji z “Gwiezdnych Wojen”, ahhh um…
O swoim pierwszym spotkaniu z Donem Cherry’m, ahhh um…
O muzykowaniu w Chicago, ahhh um…
O wspólnym graniu z Cherry’m, ahhh um…
O wygasłej wizie do Szwecji trębacza, ahhh um…
O tym, jak sobie z tym problemem poradził, ahhh um…
O tym, jak ważne było dla niego granie z Cherry’m, ahhh um…
O składzie, z którym grał w latach 70., ahhh um…
O world music, ahhh um…
O music of the world, ahhh um…
O tym, że music of the world to tak naprawdę world music, ahhh um…
O tym, że music of the world była wcześniej, niż world music, ahhh um…
O tym, że nie każdy wie, że music of the world była wcześniej, niż world music, ahhh um…
O tym, że oni nazywali world music music of the world, bo inni tego tak nie nazywali, ahhh um…
O współpracy z Fredem Andersonem, ahhh um…
O współpracy z Pasquale Mirrą, ahhh um…
O podobieństwie muzyki do życia codziennego, ahhh um…
O egoizmie w muzyce, ahhh um…
O trudności z poskromieniem swojego ego, ahhh um…
O niektórych muzykach, mających z tym problem, ahhh um…
O wyjeździe do Szwecji (zaraz, czy już o tym nie mówił?), ahhh um…
O symbiozie miedzy muzykami, ahhh um…
O żesz w mordę, jak długo mówił, ahhh um…
O żesz w mordę, jak on często powtarzał “ahhh um…”

Na szczęście w chwilę potem zasiadł za perkusją, by grać, nie gadać i szczęki nam, ahhh um… opadły.

2. (Nieoficjalnie) Mikołaj Trzaska nie znosi Dave’a Douglasa

… którego występ otwierał, i którego ma za komercyjnego fircyka. Owszem, fircyka z umiejętnościami technicznymi, ale grającego pod publiczkę. Chciałbym więcej takiego grania pod publiczkę, bo moim zdaniem, to nie merkantylizm, tylko profesjonalizm. Zauważyłem na przykład, że w pewnym momencie Nasheet Waits wymienił się z Douglasem spojrzeniem mówiącym: “stary, ta trasa jest tak męcząca, że ja tu zaraz na perkusję padnę ze zmęczenia”, a mimo to kilka chwil później sypnął taką solówką, że chowaj się, kto żyw. Dave ma najwidoczniej zasadę, jak Kazik Staszewski: “słuchacz nasz pan i trzeba mu dać jak najwięcej za jego pieniądze”. Stąd też  polityka “keep smiling”, zabójczo trudne fizycznie granie (o tym, że trąbka to najbardziej wymagający blaszak mówił w “Desperado” Tomasz Stańko), wspaniały kontakt z widownią i wszechobecny humor. Po którymś z kolei aplauzie muzycy zastanawiali się, czy dobiegające z sali po solówkach “uuuuuuouuuu!” wyrażają aprobatę, czy dezaprobatę. Nie będąc do końca pewnymi postanowili piszczeć “uuuuuuouuuu!” sami sobie. Ok, może z cytowaniem “Da Ya Think I’m Sexy?” Roda Stewarta Dave przesadził, ale obwarowywanie się Trzaski na pozycji orędownika sztuki wysokiej mocno mnie zniesmaczyło. Bo na dobrą sprawę, czy Louis Armstrong nie robił przypadkiem w muzyce rozrywkowej?

3. Na wibrafonie można grać długopisami

A także pałeczkami dłońmi (Taylorowskie klastery!), paznokciami, uchwytami pałeczek (piękne alikwoty) i palcami. Copyrights: Pasquale Mirra.

4. Wszystko mi się kojarzy

Uwielbiam rzucać sprośne (nie zawsze mądre) dowcipy. Na koncercie Hery nie miałem jednak zbyt wiele czasu na dowcipkowanie, bo formacja Zimpla tak efektownie łączyła free jazzowe odjazdy z melodyjnymi motywami a la post-rock i swingującą perkusję Szpury z chropowatą stylistyką Zimpla (zdecydowanie spod znaku europejskiego free), że jedynym skojarzeniem było to z Art Ensemble of Chicago, którego duch odrodził się właśnie na Ziemi Wolskiej Polskiej.
Ale gdy zobaczyłem, że Ksawery Wójciński przykłada usta do, ekhm, wielkiej słowackiej fujary, tego było za wiele: przecież tak mógłby zaczynać się znakomity słowacki film porno! Już mam nawet pomysł na scenariusz: akcja dzieje się w Tatrach, pewien młody pasterz…

5. Unikać telewizji

Zamiast lecieć na złamanie karku, żeby przeprowadzić wywiad z Trzaską i Gasser dla TVP Lublin powinienem najpierw spytać: “co, kto, gdzie, i przede wszystkim, za ile?”. Bo na miejscu okazało się, że pytania są już w sumie gotowe, a ja miałbym pomóc w tłumaczeniu z angielskiego, za przysłowiowe thank You. Paniusia z TVP rzekła była bowiem, że ona z angielskiego to nie bardzo. Za to ze dwa pytania mogę zadać wiolonczelistce, bo paniusia nie wie, kto, co i zacz, a tak w ogóle, to ona tu jest w zastępstwie za koleżankę i na muzyce to się ona nie zna, bo jest z innego działu. Dałem sobie spokój.
Stary, a głupi jestem.

6. Kupić amfę Amerykanom

David Boykin zapowiadany był jako kontynuator wielkiej tradycji chicagowskiej szkoły saksofonowej. Czyli, że z tej bajki, co Roscoe Mitchell, czy Anthony Braxton, i jako człowiek bardzo skromny. Drugie rzeczywiście się potwierdziło: Boykin wstydził się chyba dobrze grać, bo jakoś tego nawiązania do tradycji nie usłyszałem. Usłyszałem za to mnóstwo sztampy na początku (chłopaki zagrali mdławy temat, podali go sobie z ręki do ręki i po sprawie), bełkotu w środku koncertu (saksofonista rapował o ewolucji, rewolucji, Egipcie, Afryce i tym podobnych tematach-klasykach nawiedzonego hip-hopu) oraz kiczowatej awangardy pod koniec (za technikę arco Josh Abrams nie wyleciałby z każdego poważnego składu, tylko dlatego, że by go tam nie wzięli). Kilka osób na sali się zdrzemnęło, ja walczyłem ze snem do końca. Następnym razem zrzućmy się na trochę dobrej polskiej amfetaminy dla chłopaków z bratniego narodu amerykańskiego.

7. Ufać żonie

Od dziecka uwielbiałem czołówkę z “Sensacji XX wieku” i pewnie nie jestem jedyny. Jako człowiek dorosły dowiedziałem się, że muzykę do niej napisał Joseph Irving, odpowiedzialny też za utwór do “Prison Break”. Ale dopiero na secie Igora Boxxa okazało się, że tę kompozycje można podeprzeć tłustym beatem, pociąć i dołożyć skrecze, a ona i tak wbije w ziemię. Potwierdziła to moja żona, która stwierdziła, że tylko raz miała ciarki na tym festiwalu i było to właśnie przy tamtym numerze.

8. Nie ufać Chuckowi Norrisowi

Tytuł filmu z Chuckiem “Good Guys Wear Black” z 1978 r. okazał się bardzo kłamliwy. Pewien akustyk Lublin Jazz Festival nosi się na czarno, a bohaterem pozytywnym na pewno nie był. Zapomniał postawić odsłuch Pasqualowi Mirrze, nie kwapił się podczas soundchecków do ustawiania mikrofonów Trzasce (aż ten mu o tym przypomniał), poplątał jakieś kable od odsłuchów Douglasowi i jego Brass Ecstasy, doprowadził do furii klarnecistę na koncercie Boxxa. Podobno facet w środowisku lokalnych realizatorów jest legendą, która – w to nie wątpię – dorówna kiedyś tej Chucka.

9. Muzyka poznasz po uścisku dłoni

Kolega współorganizujący 3. LJF opowiadał, że Hamid Drake i Mirra pakowali się właśnie do auta, kiedy obok podjechali Voo Voo (grali koncert tego samego dnia na Placu Zamkowym). Polacy z szacunkiem podeszli do Drake’a i przywitali się, wymieniając krótkie kurtuazje. Gdy już oddalili się, perkusista spytał kolegę, kim byli ci panowie? Ten mu odpowiedział, że polski zespół, że kultowy, że grają tu dzisiaj etc. “A kim był ten jegomość?”, dociekał, wskazując na Waglewskiego. Po otrzymaniu odpowiedzi Drake pokiwał z szacunkiem głową i powiedział: “Muszę sprawdzić kiedyś, co on tworzy, bo to jest świetny muzyk”.

Moje prywatne śledztwo

18 Kwiecień 2011

Od kiedy pół roku temu dowiedziałem się o tajemniczym autorze czołówki do programu “Sonda”, wiedziałem, że będą kłopoty.

Siedziałem właśnie w swoim biurze, popijając whisky. Oparłem nogi na blacie biurka i wpatrywałem się refleksyjnie w coraz bardziej pustą szklankę. Zajęcie straszliwie nudne, ale co robić, taka to parszywa robota, że trzeba siedzieć i pić całymi dniami whisky. Gdyby jeszcze nie trzeba było nosić tych okropnych prochowców….

Wieczór by gorący, cholernie gorący, czułem jak całe znużone ukropem miasto dyszy, sapie, próbuje złapać kolejny łyk rozżarzonego powietrza i rozdrażnione poluzowuje krawat. Zaraz, miasto nie nosi krawata. Z drugiej strony: to personifikacja, więc może jednak? Tak, czy owak było gorąco. Wentylator sufitowy nie nadążał z rozganianiem chmury papierosowego dymu i nie obniżał temperatury w pomieszczeniu, ale przynajmniej dawał ładny, regularny cień, współgrający z tym rzucanym przez żaluzje okienne. Jezu, ile ja się za tymi żaluzjami nachodziłem, jak to to trudno dorwać, w OBI już wyszły, skoczyłem do Leroy Merlin, a tam promocja, ale tylko na wertykalne… ale ja tu o czym innym. O czym to… ach tak: nagle zadzwonił telefon (dlaczego niby telefon ma dzwonić nagle? Telefony z natury dzwonią nagle).

“Yeah?”, wymamrotałem. Odezwała się Jane, moja sekretarka: “Dick, jakaś paniusia do ciebie. Postaraj się jakoś wyglądać”. “Jasne”, odparłem leniwie i odłożyłem słuchawkę. Zanim zdążyłem uświadomić sobie, że nie mam na imię Dick, do pomieszczenia weszła kobieta tak piękna, że natychmiast poderwałem się na równe nogi. Wysoka, blond, niebieskooka, długonoga. Cholerny szowinistyczny stereotyp, jasne, ale cholernie seksowny stereotyp zarazem.

Za oknem jakiś saksofonista zaintonował słodki temat jazzowej ballady, ale przestał, doszedłszy zapewne do wniosku, że to kicz.
“Pan Dick?”, odezwała się piękność, “mam dla Pana pewną sprawę”. Przytaknąłem (nie mam na imię Dick, do cholery, czemu ja to robię?!), podsunąłem jej krzesło i zapaliłem podejrzanie długiego papierosa, którego wyjęła z torebki. Damn, I thought, this whole scene would sound way better in English. Potarłem niegolony od trzech dni policzek i usiadłem.

Lalunia zaczęła mówić, w czym rzecz. “W 1989 roku zginęli twórcy programu ‘Sonda’, kultowej audycji telewizyjnej, poświęconej nauce i wynalazkom. Jednak to nie okoliczności ich śmierci są tym, z czym do Pana przychodzę. Chodzi o muzykę z czołówki programu….” Zrobiła efektowną pauzę i zatrzepotała rzęsami. Przysiągłbym, że wentylator nie by tak skuteczny, jak te rzęsy.

“Zaraz, zaraz”, powiedziałem, “przecież w Wiki stoi jak byk: ‘Czołówkę zmontowała Teresa Bancer na taśmie 50 sek. z następujących utworów: Quincy Jones – “Gruby tatuś”(Fat Poppadaddy); Teresa Bancer – “Milczenie”; Karlheinz Stockhausen – “Etiuda”; Otto Luening & Vladimir Ussachevsky – “Król Lear”; Maliszewski – “Zmienność myśli” (dokładniej: Ergo Band z muzyką Maliszewskiego’”.
“Tak”, ona na to “ale jeśli zna Pan te utwory, to pewnie wie Pan, że nawet z umiejętnościami Skalpela i techniką komputerową, których wtedy p. Bancer nie miała, nie sposób zlepić z tego materiału tak spójnej muzyki”
Musiałem przyznać jej rację.

“Wie Pan, Panie Dick”, kontynuowała, “tej zagadce niektórzy fani programu poświęcili ponad dwie dekady swojego życia. Ojca/matkę tej kompozycji, znaleźć tym trudniej, że w tamtych czasach nikt nie przejmował się zbytnio prawami autorskimi, więc utwór któryś z twórców ‘Sondy’ mógł pożyczyć z jakiejś zachodniej biblioteki muzycznej. Na dodatek nikt nie ma kontaktu z  panią Bancer. Podejrzanymi stawali się różni artyści, od Tangerine Dream po Kraftwerk. Niestety, ci drudzy zaprzeczyli na swojej stronie internetowej, pisząc, że ‘nie mają nic wspólnego z czołówką ‘Sondy’, ale gdyby poproszono ich o wykorzystanie utworu, nie odmówiliby’. Tylko w Panu nadzieja, Panie Dick.”

Lalunia rozpłakała się, podałem jej więc chusteczkę. “Dobrze, wezmę tę sprawę”, stwierdziłem, znowu wyrzucając sobie w myślach, że nie sprostowałem, iż nie mam na imię Dick.

“Tu ma Pan zdjęcie jednego z twórców, może to jakoś pomoże w śledztwie”.

Spojrzałem na wręczoną fotografię. “Hmm, że też ten Bartek Chaciński w ogóle się nie starzeje…”, pomyślałem.

Więcej o “Sondzie”i zagadce w najnowszym “Przekroju”. Do czytania TUTAJ. Kto chce darmowego dostępu TUTAJ może zdobyć promocyjny kod.

Radio Erewań z Nowego Jorku

4 Kwiecień 2011

„New York Philharmonic przyjeżdżają do Lublina!” – taką piorunującą wiadomość usłyszałem z tzw. dobrze poinformowanego źródła jakiś czas temu. Nowojorczycy mieli zagrać w lubelskiej filharmonii, na zaproszenie Elżbiety Pendereckiej, organizatorki Festiwalu Beethovenowskiego.Informacja okazała się niestety gorzkim żartem.

Nie od dziś wiadomo, że w muzyce określenia „najlepszy”, „jeden z najlepszych” przysparzają trudności, bo co miałoby być tutaj kryterium: popularność, liczba sprzedanych płyt, pozytywnych recenzji? Mimo to prestiżowy brytyjski magazyn muzyczny „Gramophone” w 2008 r. sporządził listę 20. Najlepszych Orkiestr Świata, bazując na opiniach krytyków z całego świata. Numerem jeden została Royal Concertgebouw Orchestra, a New York Philharmonic zajęli 12. miejsce. Rozumiecie więc już, dlaczego wiadomość była piorunująca.

Z dziennikarskiego obowiązku postanowiłem zweryfikować informację. Zadzwoniłem więc do organizatora XV Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena (odbywa się w kwietniu Warszawie, ale część koncertów ma miejsce w innych miejscowościach).

A tam zaczęło się Radio Erewań. Bo nikt o przyjeździe NYP nic nie wiedział, zresztą moja rozmówczyni wyraziła wątpliwości, czy kogokolwiek w Lublinie stać na taką imprezę.
Pełen złych przeczuć skontaktowałem się z dyrekcją lubelskiej filharmonii. Dyrektor Jan Sęk odparł, że z jego informacji wynika, że owszem, festiwalowi artyści odwiedzą Lublin, ale nie z Nowego Jorku, a ze Stuttgartu. I żebym dopytał jeszcze raz w Stowarzyszeniu im. Beethovena. “Ok, Stuttgart to też bardzo dobrze”, powiedziałem sam do siebie, bo Radio-Sinfonieorchester Stuttgart des SWR to uznana marka. Następnego dnia wykręciłem jeszcze raz numer do twórców Festiwalu Beethovenowskiego. Tam zaś usłyszałem, że już wiadomo: muzycy będą nie ze Stuttgartu, a z Reutlingen. „Reutlingen, Reutlingen…” pospiesznie szukałem w myślach jakiejkolwiek informacji o tamtejszej orkiestrze, ale nic nie znalazłem. Zawstydzony własną niewiedzą przeszukałem Google. Nic.

Dopiero po pewnym czasie skojarzyłem Reutlingen z nazwą Filharmonii Wirtemberskiej i odszukałem jakieś info w internecie – zapewniam, nie było to łatwe. Jak łatwo się domyślić, nie znajdowali się na liście „Gramophone”. Właściwie, to nie znajdowali się na żadnej liście.

Mina mi nieco zrzedła, ale co tam: nie mam nic przeciwko Reutlingen i dobrej muzyce (w Lublinie 11 kwietnia wspomniani artyści wykonają m.in.. kompozycje Mahlera i jego żony). Ale wtedy przeczytałem informację na stronie naszej filharmonii: „Organizator (…) zaprosił do Lublina jedną z najlepszych światowych orkiestr – Württembergische Philharmonie Reutlingen.”

Spojrzałem na kalendarz: nie, nie był to prima aprilis.

O brzmieniu ciał niebieskich

1 Kwiecień 2011

 

Każdy koncert jest jak film: ma swoją fabułę, zmiany akcji, punkty kulminacyjne, scenografię, oraz, co najbardziej oczywiste, ścieżkę dźwiękową. Otwierający cykl Minimum-Maksimum set Christopha de Babalona i kolejny, Pure’a, też były filmami. Pierwszy -  horrorem, drugi -  science fiction.

Christoph de Babalon, 19 lutego

Scenografia

Minimalistyczna. Na przekór fakturze utworów, którym do minimalizmu daleko, ale zgodnie z ich mrocznym klimatem, gdyż wszystko w Labiryncie było czarne: czarne narzuty na stole ze sprzętem, czarne zasłony na ścianach, czarne koszulki muzyków. Najczarniejszy zaś był charakter głównego bohatera (w tej roli sam de Babalon), z którego był prawdziwy…

Szwarcharakter

Obsadzenie w tej roli niemieckiego artysty może wydawać się dziwne. W końcu ktoś, kto porywa dziesiątki ludzi swoją sztuką nie może być zły do szpiku kości, ale de Babalon jako pozytywny bohater miałby tyle samo sensu, co Klaus Kinski grający nauczyciela w przedszkolu. Myślmy o autorze „If You’re Into It, I’m Out Of It” raczej jak o szamanie, który za pomocą muzyki wprowadza plemię w trans, mistrzu okultystycznej ceremonii, albo nawet czarnej mszy. Właściwie, patrząc na jego posępne miny i rzucane co chwila piorunujące spojrzenia, skojarzenia z Kinskim nie wydają się od rzeczy. Całości dopełniały…

Efekty specjalne

W tym wypadku w postaci fotograficznych kolaży Iana Liddle’a, na których wycinki z folderów reklamowych mieszały się z pornografią. Ale i tak o nastroju grozy decydowała w głównej mierze…

Ścieżka dźwiękowa

Składała się niemal w całości z materiału z przedostatniej płyty Niemca „Scylla & Charybdis”, która sama w sobie jest horrorowym concept-albumem. Opiera się na przytaczanym przez Homera i Owidiusza micie o dwóch kobietach, zamienionych w morskie potwory. Mocno kontrastujące części albumu ilustrują najpierw idyllę życia przed przemianą (ambient), metamorfozę (fragmenty z diabolicznym wokalem) i egzystencję jako monstrum (breakcore-że-nie-ma-zmiłuj). De Babalon modyfikował muzykę od czasu do czasu przyspieszając tempo, zmieniając barwę dźwięków, a najchętniej robiąc rzecz prostą, choć bardzo efektowną: wciskał na sekundę przycisk „pause”, co napędzało rytm podawany w zawrotnych szybkościach. Te i tak były umiarkowane, w porównaniu z tym, co zaprezentowali…

Aktorzy drugoplanowi

Tak można chyba określić Despera i Reelcasha, którzy odpowiednio zamykali i otwierali występ gwiazdy. Set Reelcasha nie pędził na złamanie karku, był za to gęsty od psychodelicznych sampli i niskiego dubstepowego basu. Za to ten drugi poszedł na całość, serwując grubo powyżej 300 uderzeń na minutę czym, jak sam przewidział wcześniej, „wyczyścił parkiet” ze słuchaczy, czyli…

Statystów

Tych było całkiem sporo, biorąc pod uwagę niszowy status de Babalona. Być może frekwencję Minimum-Maksimum zawdzięcza Radiohead, którzy tego samego dnia wydali najnowszy krążek „The King of Limbs”, a przecież na każdym plakacie i w każdej informacji o muzyku powtarzał się wątek o respekcie, jakim darzy de Babalona wokalista Radiohead Thom Yorke.

Obserwacja tańczących do ostrej elektroniki uczestników koncertu znów przywodziła na myśl jakiś film grozy. Po pewnym czasie już wiedziałem jaki: pierwszy „Blade” i początkowa scena w wampirzej dyskotece. Może i w filmie krew lała się hektolitrami, a trup słał gęsto, ale zapewniam, że w Labiryncie było straszniej. I grała tam lepsza muzyka.

Pure, 12 marca

“Odyseja kosmiczna” Arthura C. Clarke’a ma cztery części. Dwie są zekranizowane, dwie nie. Nie wiem, kto powinien je wyreżyserować, ale jestem przekonany, że Pure powinien napisać do nich muzykę. To przekonanie jest skutkiem pewnych badań naukowych.

W kosmosie nie ma dźwięku. Do jego powstania niezbędne są cząsteczki powietrza, których w kosmicznej próżni brak, co nie przeszkadza większości autorów filmów sci-fi oszukiwać widza, dodając wielkie „ka-bum!” przy eksplozjach planet i buczenie silników statków kosmicznych.

Ciekawe jednak, że w pewien sposób kosmos ma swoje brzmienie. Niedawno eksperci z NASA przekonwertowali fale radiowe emitowane przez poszczególne ciała niebieskie na fale dźwiękowe, a efekty ich pracy są dostępne do odsłuchu na stronie spacesounds.com. Po jej odwiedzeniu stało się dla mnie jasne, dlaczego Pure vel Peter Votava tak bardzo pasował mi do „Odysei”: jego set w Labiryncie łudząco przypominał wyniki eksperymentu NASA.

Na swoim pierwszym lubelskim występie autor „Ification” momentami zbliżał się do brzmień Ganimedesa i Jupitera. Ten pierwszy to glitch  – trzaski i kliknięcia, które w przypadku Ganimedesa wytwarza jego magnetosfera, a w przypadku Austriaka –  jego laptop. Jupiter to zwichrowana i nieuporządkowana noise music, którą Pure przywoływał od czasu do czasu.

Można było doszukać się także podobieństw do stukającego głucho pulsara PSR B0329+54, jednak zdecydowanie najwięcej w jego muzyce elementów podobnych do brzmienia czarnej dziury o uroczej nazwie GRS1915+105. I Pure, i GRS1915+105 to dark ambient – ponure plam dźwięku, pulsujące z częstotliwością kosmicznego morza.

Nie brakowało też – paradoksalnie – Słońca, emitującego niskie, wibrujące drony. Nawet częstotliwość (gdzieś w okolicach 30-40Hz) była podobna. Inna była za to długość dźwięku – „Serce Słońca” bije nieco szybciej, a drony w wykonaniu Votavy ciągnęły się przez kilkanaście minut, wywołując u słuchaczy trudny do opisania stan fizyczny. Jeśli ktoś na sali doświadczył przez to halucynacji wizualnych – nie zdziwię się. Nie zdziwię się też, jeśli były one związane z podróżami międzyplanetarnymi.

Stanley Kubrick w swojej wersji „Odysei kosmicznej” nie popełnił błędu kolegów po fachu- jego kosmos jest piękny i brutalnie wręcz cichy.  Kosmos Pure’a  jest brutalnie głośny, lecz równie piękny.

Miesięcznik “Zoom”, kwiecień 2011

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.