
XXI wiek w muzyce to dyktatura nowości. Postawiony przed ścianą słuchacz ma do wyboru dwie drogi: gonić za nowymi wydawnictwami, jak pies za własnym ogonem, albo skapitulować i skazać się na ciągły anachronizm, bo w tym biznesie “rok temu” oznacza “zamierzchłe czasy.
Każdego roku tylko na amerykańskie – także te wirtualne – półki sklepowe trafia kilkadziesiąt tysięcy nowych albumów. W zeszłym roku w USA było to 75 tysięcy - mniej, niż w 2009, ale i tak o wiele za dużo, by być na bieżąco par excellence, zwłaszcza, że nie na Ameryce przemysł muzyczny się kończy. Oczywiście każdy z nas podejmuje mniej lub bardziej świadomą decyzję, by badać tylko pewne obszary muzyki, ale nawet ograniczając się do kilku gatunków, nawet przy założeniu, że dysponujemy wystarczającą ilością gotówki i chęci, nie jesteśmy w stanie wchłonąć więcej, niż kilkadziesiąt płyt miesięcznie (zostawmy na boku temat jakości takiego odsłuchu).
Mimo to ci naprawdę zaangażowani muzycznie, ci którzy z wywieszonym językiem biegają za ogonem, próbują. Sęk w tym, że największym przegranym tej pogoni musi być starsza muzyka.
Prostą konsekwencją pochłaniania jak największej ilości świeżych nagrań jest wrzucanie staroci na półkę do folderu-z-rzeczami-które-przesłucham-gdy-będę-miał-trochę-czasu-czyli-nigdy. Osobiście staram się zachować statystyczny umiar, narzucając sobie własny system regularnego poznawania nowej-starej muzyki w proporcjach 2:3 do nowej, ale mam wrażenie, że jestem wyjątkiem. Wnioskuję to po ogromnej ilości recenzji w polskiej (i nie tylko) blogosferze (i nie tylko), w których brak perspektywy czasowej. Ich autorzy traktują datę własnych narodzin, jako moment, w którym powstała muzyka, zachwycając się regularnie nowatorstwem tam, gdzie go nie ma, analizują muzykę w poziomie, porównując ją do nagrań z innych gatunków i innych stron świata, powstałych mniej więcej w tym samym czasie, ale nie w pionie, badając korzenie, z których wyrosło słuchane właśnie drzewo. Stwierdzenie “tak jeszcze nikt nigdy nie grał” które zdarza mi się słyszeć i czytać aż nazbyt często, ma ukrytą między wierszami informację “nie słyszałem nikogo, kto grał tak wcześniej”. Nie jestem tu bez winy. Pamiętam reakcję mojego kolegi, który na moje niegdysiejsze zachwyty nad Mars Volta odpowiedział kilkoma linkami do grup z nurtu Rock In Opposition i mniej znanych progrockowców z lat 70. Pamiętam też swoje rozczarowanie.
Nie dziwię się ani sobie wtedy, ani kolegom po fachu teraz.
Presja nowości dopadła ludzkość już w XX wieku, wraz z degradacją kanonów i przyznaniu temu, co nowe wartości większej, niż temu, co stare. Przecież futuryści w “Akcie założycielskim i manifeście” z 1909 roku nie pisali: “chcemy zburzyć muzea, biblioteki, akademie wszystkich rodzajów” przypadkowo. Sądzę jednak, że pogoń za „dzisiaj” i odrzucenie „wczoraj” ma jeszcze inną przyczynę: przyjęliśmy za pewnik postęp sztuki.
Postęp sztuki to skutek postępu cywilizacyjnego. Skok w technologii, którego głównym źródłem w zeszłym stuleciu była zimna wojna zmieniał krajobraz cywilizacyjny dosłownie z roku na rok. I to na lepsze. Rozwój medycyny, narzędzi komunikacyjnych, cyfryzacja i miniaturyzacja – nawet jeśli niosły ze sobą zagrożenia – przyzwyczaiły nas do luksusów, których nawet nie zauważamy na co dzień.
To z kolei nauczyło nas ufności, że podobnie mają się wszystkie rzeczy, że krok po krok, świat idzie do przodu. A skoro tak, to podobnie być powinno ze sztuką, traktowaną podświadomie, jak dziedzina nauk ścisłych, w której postęp jest nie tylko widoczny, ale i mierzalny. W tym rozumieniu średniowieczna jednogłosowość jest sensu stricto GORSZA, niż późniejsza, renesansowa polifonia, nowe techniki kompozytorskie są LEPSZE, niż te, którymi posługiwali się wcześniejsi twórcy, eklektyzm jest LEPSZY, niż rygorystycznie traktowane dogmaty kanonów. Jeśli nawet łatwo znaleźć dowody w postaci zmarłych wieki temu geniuszy, to w progresywnym podejściu do sztuki będą tylko wyjątkami potwierdzającymi regułę, która mówi, że biorąc rzecz ilościowo, muzyka ulepsza się wprost proporcjonalnie do upływu czasu.
Nie bronię tu Villonowskich “niegdysiejszych śniegów”. Bronię tezy, że w muzyka nie działa wedle prostych wzorów – więcej nie znaczy lepiej, prościej nie znaczy gorzej, stare nie znaczy przestarzałe. Nie zauważyłem, by najstarsze utwory, jakie mam w swojej kolekcji, z albumu “Musique de la Grece Antique” Atrium Musicae de Madrid ustępowały w czymkolwiek dziełom z ruchu New Complexity.
“Gadanie o postępach w sztuce to stary kawał” – powiedział Etienne, bohater “Gry w klasie” Julio Cortázara. Warto sobie tę prawdę zapamiętać. I jeszcze jeden cytat, z Jerzego Nowosielskiego, który sprzedał mi kiedyś Piotr Łucjan, jego uczeń: “Cokolwiek byś robił, pamiętaj, że przed tobą robili to już inni, a co więcej: prawdopodobnie robili to lepiej”.


22 Luty 2011 @ 15:47
perspektywa historyczna opisu przychodzi z wiekiem, kiedy człowiek przestaje się ścigać z samym sobą i całym światem. lekiem na przesyt “nową” muzyką, jest właśnie sięgnięcie po starocie – bezkres papki, na którą składają się nowości vs. delikatnie zarysowany krajobraz “historyczny” (radość obcowania z historią to po części ubaw przy dekonstrukcji utartego porządku). nie wiem jednak czy pogoń za nowością trzeba tłumaczyć kategoriami “postęp”, “lepsze”. miałem gdzieś linka do fajnego cyklu tekstów, w którym jakiś zdolny młokos świetnie rozprawił się z tego typu myśleniem, ale gdzieś rzecz zapodziałem:/
22 Luty 2011 @ 15:53
“ie wiem jednak czy pogoń za nowością trzeba tłumaczyć kategoriami „postęp”, „lepsze”
Niekoniecznie jedyny powód (inne to automatyczna dezawuacja bohaterów poprzednich lat itd.), ale na pewno najbardziej irytujący i w przeważającej większości, tak jak mówisz, będący domeną ludzi młodych.
Większość z tych, którzy mają tendencję do “niegdysiejszych śniegów” (vel “ech, kiedyś to płyty były…”) ma z kolei na karku 40-, 50-lat.
22 Luty 2011 @ 16:55
ja tam lubię patrzeć na miny “panków” spod znaku green daya, gdy słuchają pierwszy raz death “for the whole world to see”, najwierniejszych (od trzech miesięcy) fanów metalliki, gdy słyszą “breadfan” w oryginale i tak dalej i tak w pizdu… to jak obserwować koniec świata.
22 Luty 2011 @ 17:16
@ de la clue
Sadystyczna przyjemność, rozumiem
23 Luty 2011 @ 18:11
hyh, mam podobnie. nawet ograniczając się do kilku gatunków z miesiąca na miesiąc mam nieprzyjemne swędzenie w głowie, spowodowane faktem, że nigdy nie zdążę przesłuchać wszystkiego. a tzw “stan badań” staram się robić na bieżąco, by nie wpaść z pułapkę “niktniegrałtakwcześniej”. ostatnio np. w muzyce Wishbone Ash znalazłem Mastodon. Niestety właśnie w takiej kolejności
23 Luty 2011 @ 18:41
@ amonit
“nawet ograniczając się do kilku gatunków z miesiąca na miesiąc mam nieprzyjemne swędzenie w głowie, spowodowane faktem, że nigdy nie zdążę przesłuchać wszystkiego. ”
Największy dramat inteligenta. Ja np. ogłosiłem kapitulację z książkami (czytam tylko największe dzieła, bez nowości)
23 Luty 2011 @ 19:13
z książkami jakoś lepiej mi idzie. poza tym na nowości tak nie patrzę, bo kanon jest tak wielki, że nadal go poznaję.
@ brzydkieslowonaf
Stwierdzenie „tak jeszcze nikt nigdy nie grał”.
hyh, po tych słowach nerwowo zacząłem przeszukiwać moje notki pod kątem tego zdania. szczęśliwie takiego nie znalazłem, choć z drugiej strony odniesień do poprzedników też niewiele. ale przynajmniej oglądam się za siebie.
23 Luty 2011 @ 20:22
Wiadomo, ciężko być na bieżąco, a jeszcze bardziej krok przed wszystkimi, więc u mnie często zdarzają się sytuacje takie jak w tym tygodniu, kiedy dopiero mam okazję poznać i docenić takie Violens. Nie staram się zmuszać do słuchania nowości, czasem potrafię na dłuższy czas zanurzyć się i ponadrabiać zaległości w tak zwanej klasyce. Mam też kilku top-wykonawców, których losy wytrwale śledzę i tropię nowe piosenki, EPki etc, ale staram się zachować umiar. W końcu na łożu śmierci nikt nie będzie mnie rozliczał z nieprzesłuchanego albumu Buriala czy Flaming Lips.
24 Luty 2011 @ 08:11
“W końcu na łożu śmierci nikt nie będzie mnie rozliczał z nieprzesłuchanego albumu Buriala czy Flaming Lips.”
Zdrowe podejście. Ale nie mogę sobie na taki luksus pozwolić.
24 Luty 2011 @ 13:15
„W końcu na łożu śmierci nikt nie będzie mnie rozliczał z nieprzesłuchanego albumu Buriala czy Flaming Lips.”
na łożu śmierci nie, ale zanim się na nim położysz, to co i rusz :>
24 Luty 2011 @ 14:00
No, teraz to nie mam wyjścia i muszę sprawdzic to “Embryonic”, które leży i kwiczy od dawna
24 Luty 2011 @ 14:06
“No, teraz to nie mam wyjścia i muszę sprawdzic to „Embryonic”, które leży i kwiczy od dawna”
No, choćby dla samej produkcji, mocno nietypowej i na przekór. Proszę, jak ładnie tu wyprodukowali golasów
:
http://vimeo.com/7117985
14 Marzec 2011 @ 10:18
[...] • 0 14 artystach z własną wytwórnią • o samowydawaniu się po polsku Jan Błaszczak • o tym, czy nowe = lepsze Paweł Franczak • o hinduskim pionierze Acid House’u Bartek Chaciński • o ubiegłym roku i dekadzie po [...]