Archiwum dla Luty, 2011

Jak poznałem awangardę

28 Luty 2011

- Dzieci, czy opowiadałem wam, jak na studiach założyłem zespół free-improv, który w instrumentarium miał m.in. marchewkę?
- Tak tato, opowiadałeś co najmniej kilka razy….
-…no to posłuchajcie:

Jeszcze jako student filozofii wybrałem się do jednego z lubelskich klubów na koncert szwedzkiego duetu. Nie znałem wcześniej zespołu, nie wiedziałem też, jaki styl muzyczny reprezentują. Okazało się, że robią w awangardzie. Oznaczało to mniej więcej tyle, że jeden z nich produkował buczenia i sprzężenia na lap slide guitar za pomocą szklanki wypełnionej wodą (nie próbujcie tego robić w domu), zabawek i tym podobnych, a drugi miział łańcuchami swój saksofon, od czasu do czasu liżąc zapamiętale ustnik. Obydwaj mieli przy tym miny aktorów porno tuż przed orgazmem. Nie, żeby wasz ojciec oglądał porno.

Sądząc po reakcjach, publiczność szybko podzieliła się na dwie grupy. Pierwsza, mniej liczna i apologetyczna, siedziała z zamkniętymi oczami, wsłuchując się intensywnie w każde sprzężenie i kiwając twierdząco przy co ostrzejszym pisku. Co jakiś czas apologeci rzucali pogardliwe spojrzenia ludzi, którzy wiedzą więcej w stronę drugiej części widowni. Ta zaś, nazwijmy ją krytyczno-prześmiewczą, pękała ze śmiechu na widok pocierającego erotycznie swój instrument saksofonisty i wiosłowego, wyginającego spazmatycznie tułów w rytm, którego przecież nie było.

Gwoździem wieczoru okazała się prośba saksofonisty, by w trakcie występu podać mu szklankę wódki. Nie dowiedziałem się nigdy z jakim przeznaczeniem, gdyż bar dysponował tylko piwem, co najwidoczniej nie odpowiadało koncepcji artystycznej muzyka.

Po przerwie sytuacja szybko się wyklarowała: krytyczno-prześmiewcza połowa sali opuściła klub, apologeci pozostali kontemplować. Ja dołączyłem do tych pierwszych.

Tego samego dnia skontaktowałem się z przyjacielem, któremu opowiedziałem cały wieczór ze szczegółami. W trakcie rozmowy wpadłem na iście szatański pomysł: załóżmy taką grupę i zagrajmy koncert. Przyjaciel – sam będący wówczas poetą i wokalistą rockowej grupy – natychmiast temu przyklasnął. Tak powstała nasza efemeryczna formacja.

Przy wyborze nazwy postanowiliśmy działać na zasadzie intuicji: ja rzuciłem trzy wyrazy, a przyjaciel szybko odpowiedział trzema słowami, które przyszły mu na myśl po moich propozycjach. Ponieważ kapela może jeszcze zaliczyć comeback pozwolicie, że nie zdradzę prawdziwej nazwy. Niech będzie, że nazywaliśmy się Orkiestra Leśnego Jelonka.

Skład OLJ ukształtował się równie szybko, jak nazwa. Było to łatwe o tyle, że zgodnie z założeniami jakiekolwiek umiejętności muzyczne były nie tylko niepotrzebne. Ba!, były wręcz niewskazane. Żeby więc spełnić w jakimś stopniu wymogi znajomy basista zagrał na perkusji, gitarzysta na klawiszach, wokalista na gitarze, a dziewczyna gitarzysty na marchewce. Nie pamiętam, na czym miałem zagrać ja, ale przypuszczam, że w duchu spontaniczności stwierdziliśmy, iż “coś tam się wymyśli”. Ważniejsze było przygotowanie manifestu.

Zabrałem się do tego bardzo fachowo. Przewertowałem stosy recenzji płyt z free improv i opracowań estetycznych, otworzyłem słownik wyrazów obcych i wysmażyłem coś, pod czym mógłby podpisać się Alan Sokal. Naszpikowane muzycznym mambo-jambo zdania były poprawnie złożone gramatycznie, jednak sens i treść pozostała enigmatyczna nawet dla mnie. Ukułem na potrzeby OLJ jakiś chwytliwy neologizm, opisujący naszą działalność i wrzuciłem to to do internetu.

Dzieciaki, żeby wszystko było jasne: nie byłem nigdy przeciwnikiem samego free-improv, ani tzw. muzyki intuicyjnej. Nasza koncepcja miała być szpilką przekłuwającą balon z napisem artsy-fartsy, czymś na kształt The Portsmouth Sinfonia.

Uważam, że jest to fenomenalna droga dla każdego muzyka do samopoznania, do przetestowania umiejętności rozmowy dźwiękiem, wyzwolenia się na jakiś czas ze sztywnego kołnierza popowej, pochodzącej od ronda formuły “zwrotka-refren-zwrotka”, czy jazzowej “temat-improwizacja na jego bazie-wspólny powrót”. Jednak koniec końców wolna improwizacja staje się sama zamkniętą formułą, cul-de-sac dla większości artystów. Tylko dla niewielu (np. AMM, Evan Parker) abstrakcyjne, nieskrępowane granie staje się sensowną formą wypowiedzi. Częściej, po okresie początkowych zachwytów wolnością prowadzi donikąd, stawia artystę przed ścianą…

- Tato, litości, już nam to mówiłeś tyle razy…

- Ach tak, no tak. A więc powróćmy do koncertu…
Postanowiliśmy nie psuć naszej twórczości jakimikolwiek próbami i tym podobnymi bzdurami i pójść na całość. Znaleźliśmy lokal, który zgodził się na taki eksperyment, wywiesiliśmy plakaty, zareklamowaliśmy się w sieci, przygotowaliśmy instrumenty (w tym marchewkę i tarkę) i oczekiwaliśmy na publiczność. Tu muszę się wam do czegoś przyznać: ogarnęła mnie taka trema, że w końcu nie zagrałem na niczym. Ograniczyłem się do tłumaczenia koncepcji, przedstawienia manifestu, zapowiadania kolejnych numerów i ich historii (których na dobrą sprawę nie było).

Dodam jeszcze, że wstęp był wolny, bo uznaliśmy, że to już byłoby małym oszustwem. Słuchacze przybyli tłumnie w liczbie sześciu. Połowa i tak wyszła w trakcie, co nie powinno być zaskoczeniem. Zgiełk i bałagan był nie do zniesienia. Ale dla mnie trudniejsze okazało się zachowanie powagi. Nie tylko dla mnie zresztą. Przyjaciel zapamiętale grający jedyny znany sobie akord spojrzał w pewnym momencie na salę, na swoją dziewczynę, rytmicznie ścierającą marchewkę, na perkusistę ryczącego i buczącego w werbel i wybuchnął histerycznym śmiechem, którym szybko zaraziłby resztę załogi, gdyby nie zdusił go największym wysiłkiem woli.

Ostatni utwór zapowiedziałem krótko jako “Radość”, co przypadkowo okazało się wskazówką w stylu tych, które dawali muzykom John Zorn (pokazując rysunek buta), Scott Walker (“niech smyczki brzmią, niczym nadlatujące bombowce”), czy Cornelius Cardew (“Trzy razy zagraj dźwięki, które uważasz za głupie lub okropne”). A to dlatego, że wszelkie zahamowania puściły. Drużyna wyła, sprzężała, krzyczała i szurała, nadając nowego znaczenia zwrotowi “radosna twórczość”. Po skończonym koncercie większość opinii publiki była jednoznaczna i nie nadająca się do powtórzenia osobom nieletnim, ale był wyjątek. Jeden ze słuchaczy podszedł do pałkera i powiedział: “wiecie co, sporo musicie dopracować, ale ten ostatni utwór, nie powiem – robił wrażenie”. Zbaraniały perkusista opowiedział nam to potem jako świetną anegdotę, ale pointa leży gdzie indziej. Bo wiecie, co się stało?

- Tak, ten facet od komplementu zainspirował się wami, sam został awangardowym muzykiem i tworzył później z powodzeniem muzykę do spektakli!

- To znacie tę historię? A nic nie mówiliście…

Hibernacja Małego Księcia

24 Luty 2011

Myślałem, że nie będę miał powodu, by napisać o Marku Bilińskim i jego zeszłorocznej płycie “Mały Książę”. Poprawię się: miałem nadzieję, że nie będę miał powodu, bo wydawnictwo traktowałem jak gorący kartofel podrzucony mi przez redakcyjnego kolegę, a tu nagle coś gruchnęło, coś huknęło, mamie wpadło do talerza kilo tynku…

Jest pewna kategoria fanów muzyki, których nazywam hipsterami przez przypadek. Mają gust niezmienny  od liceum, ubierają się tak samo od kilkudziesięciu lat, słuchają tej samej muzyki, której słuchali mając lat naście, ale są cool dwukrotnie w życiu.

Za pierwszym razem są hip świadomie. To wtedy, gdy jako młodzi ludzie idą w zgodzie z Zeitgeistem, dajmy na to: słuchają heavy metalu, noszą papy, jeansy-jajognioty, trampki i długie włosy. W tamtym czasie wszystkie nastolatki chcą tak wyglądać, więc spełniają wszelkie warunki. Potem następują chude lada obciachu, gdy wszyscy zamieniają koszulki z Iron Maiden na koszule w kratę, koszule w kratę na bluzy z kapturem, bluzy z kapturem na marynarki slim itd., a oni, mimo drwin kolegów i koleżanek, obstają przy swoim image’u. W końcu przychodzą lata tłuste. Ponieważ wiadomo, że vintage zatacza kręgi 20-30 lat wstecz, długie włosy, papy i trampki są ponownie dobrze widziane, a naśladujące AC/DC Wolfmother zdobywa fanów zbyt młodych, by w ogóle kojarzyć tych pierwszych.

Marek Biliński jest takim przypadkowym hipsterem. Autor słynnej “Ucieczki z tropików” zahibernował się na kilkadziesiąt lat (w latach 1986-2010 wydał dwie płyty, z których jedna, “Dziecko słońca”, cytuję: “najlepsza i najbardziej dojrzała płyta wydana w 1994 r. źle promowana przez ówczesnego “oszczędnego” wydawcę przepadła w powodzi muzycznej konfekcji i tandety”), a gdy automat wyłączył urządzenie zamrażające w 2010 roku, okazało się, że syntezatory, sekwencery, arpeggiatory, sweep generatory, klawiszowe burdony i międzyplanetarne, laserowe efekty dźwiękowe to szczyt smaku. Emeralds i ich polifoniczne faktury nawiązujące do krautrocka, Schulze’a, mroczne Ensemble Economique zapatrzone w Tangerine Dream i ścieżki dźwiękowe do horrorów Carpentera, Manual zakochane w Jarre’e – nastąpił nieunikniony i efektowny powrót do przeszłości. Nastał czas elektronicznego, syntezatorowego retro.

Biliński jest retro w najlepszym stylu, choć raczej nie celowo, bo jak pisze sam: “Płyta powstawała w dwóch etapach. Jej realizacja zapoczątkowana została w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a ukończona w 2010 roku.” Co prawda, w najlepszym stylu nie są kompozycje, które mógłby sprzedać jako library music,  a nie pełnoprawną płytę, jednak ja nie o kompozycjach miałem pisać, a o okazji do pisania. Stało się bowiem tak, że “Małego Księcia” nominowano do Fryderyków 2011 w kategorii “Muzyka klubowa i elektroniczna”.

Wnioskuję z tego tylko jedno: Akademia Fonograficzna jest najbardziej hipsterską organizacją w całym kraju, trzyma rękę na pulsie mody, śledzi bieżące trendy i wyławia najciekawsze i najświeższe zjawiska w muzyce.

I o ile “Małemu Księciu” mogę dać co najwyżej cztery punkty na dziesięć, to AF za odrobioną lekcję z popkultury dam dziesięć na dziesięć. A zresztą, co mi tam: jedenaście na dziesięć.

Nowy, (lepszy?) świat

22 Luty 2011

XXI wiek w muzyce to dyktatura nowości. Postawiony przed ścianą słuchacz ma do wyboru dwie drogi: gonić za nowymi wydawnictwami, jak pies za własnym ogonem, albo skapitulować i skazać się na ciągły anachronizm, bo w tym biznesie “rok temu” oznacza “zamierzchłe czasy.

Każdego roku tylko na amerykańskie – także te wirtualne – półki sklepowe trafia kilkadziesiąt tysięcy nowych albumów. W zeszłym roku w USA było to 75 tysięcy - mniej, niż w 2009, ale i tak o wiele za dużo, by być na bieżąco par excellence, zwłaszcza, że nie na Ameryce przemysł muzyczny się kończy. Oczywiście każdy z nas podejmuje mniej lub bardziej świadomą decyzję, by badać tylko pewne obszary muzyki, ale nawet ograniczając się do kilku gatunków, nawet przy założeniu, że dysponujemy wystarczającą ilością gotówki i chęci, nie jesteśmy w stanie wchłonąć więcej, niż kilkadziesiąt płyt miesięcznie (zostawmy na boku temat jakości takiego odsłuchu).

Mimo to ci naprawdę zaangażowani muzycznie, ci którzy z wywieszonym językiem biegają za ogonem, próbują. Sęk w tym, że największym przegranym tej pogoni musi być starsza muzyka.

Prostą konsekwencją pochłaniania jak największej ilości świeżych nagrań jest wrzucanie staroci na półkę do folderu-z-rzeczami-które-przesłucham-gdy-będę-miał-trochę-czasu-czyli-nigdy. Osobiście staram się zachować statystyczny umiar, narzucając sobie własny system regularnego poznawania nowej-starej muzyki w proporcjach 2:3 do nowej, ale mam wrażenie, że jestem wyjątkiem. Wnioskuję to po ogromnej ilości recenzji w polskiej (i nie tylko)  blogosferze (i nie tylko), w których brak perspektywy czasowej. Ich autorzy traktują datę własnych narodzin, jako moment, w którym powstała muzyka, zachwycając się regularnie nowatorstwem tam, gdzie go nie ma, analizują muzykę  w poziomie, porównując ją do nagrań z innych gatunków i innych stron świata, powstałych mniej więcej w tym samym czasie, ale nie w pionie, badając korzenie, z których wyrosło słuchane właśnie drzewo. Stwierdzenie “tak jeszcze nikt nigdy nie grał” które zdarza mi się słyszeć i czytać aż nazbyt często, ma ukrytą między wierszami informację “nie słyszałem nikogo, kto grał tak wcześniej”. Nie jestem tu bez winy. Pamiętam reakcję mojego kolegi, który na moje niegdysiejsze zachwyty nad Mars Volta odpowiedział kilkoma linkami do grup z nurtu Rock In Opposition i mniej znanych progrockowców z lat 70. Pamiętam też swoje rozczarowanie.

Nie dziwię się ani sobie wtedy, ani kolegom po fachu teraz.

Presja nowości dopadła ludzkość już w XX wieku, wraz z degradacją kanonów i przyznaniu temu, co nowe wartości większej, niż temu, co stare. Przecież futuryści w “Akcie założycielskim i manifeście” z 1909 roku nie pisali: “chcemy zburzyć muzea, biblioteki, akademie wszystkich rodzajów” przypadkowo. Sądzę jednak, że pogoń za „dzisiaj” i odrzucenie „wczoraj” ma jeszcze inną przyczynę: przyjęliśmy za pewnik postęp sztuki.

Postęp sztuki to skutek postępu cywilizacyjnego. Skok w technologii, którego głównym źródłem w zeszłym stuleciu była zimna wojna zmieniał krajobraz cywilizacyjny dosłownie z roku na rok. I to na lepsze. Rozwój medycyny, narzędzi komunikacyjnych, cyfryzacja i miniaturyzacja – nawet jeśli niosły ze sobą zagrożenia – przyzwyczaiły nas do luksusów, których nawet nie zauważamy na co dzień.

To z kolei nauczyło nas ufności, że podobnie mają się wszystkie rzeczy, że krok po krok, świat idzie do przodu. A skoro tak, to podobnie być powinno ze sztuką, traktowaną podświadomie, jak dziedzina nauk ścisłych, w której postęp jest nie tylko widoczny, ale i mierzalny. W tym rozumieniu średniowieczna jednogłosowość jest sensu stricto GORSZA, niż późniejsza, renesansowa polifonia, nowe techniki kompozytorskie są LEPSZE, niż te, którymi posługiwali się wcześniejsi twórcy, eklektyzm jest LEPSZY, niż rygorystycznie traktowane dogmaty kanonów. Jeśli nawet łatwo znaleźć dowody w postaci zmarłych wieki temu geniuszy, to w progresywnym podejściu do sztuki będą tylko wyjątkami potwierdzającymi regułę, która mówi, że biorąc rzecz ilościowo, muzyka ulepsza się wprost proporcjonalnie do upływu czasu.

Nie bronię tu Villonowskich “niegdysiejszych śniegów”. Bronię tezy, że w muzyka nie działa wedle prostych wzorów – więcej nie znaczy lepiej, prościej nie znaczy gorzej, stare nie znaczy przestarzałe. Nie zauważyłem, by najstarsze utwory, jakie mam w swojej kolekcji, z albumu “Musique de la Grece Antique” Atrium Musicae de Madrid ustępowały w czymkolwiek dziełom z ruchu New Complexity.

“Gadanie o postępach w sztuce to stary kawał” – powiedział Etienne, bohater “Gry w klasie” Julio Cortázara. Warto sobie tę prawdę zapamiętać. I jeszcze jeden cytat, z Jerzego Nowosielskiego, który sprzedał mi kiedyś Piotr Łucjan, jego uczeń: “Cokolwiek byś robił, pamiętaj, że przed tobą robili to już inni, a co więcej: prawdopodobnie robili to lepiej”.

Romantyk XXI wieku

17 Luty 2011

W lubelskiej Galerii Labirynt zagra Christoph de Babalon, wbrew pozorom, twórca bardzo nienowoczesny.

Muzykę de Babalona określa się mianem: gabber, breakcore, drum’n’bass, dark ambient, noise. Na dobrą sprawę można się z tym zgodzić, ale – moim zdaniem – niemieckiemu artyście najbliżej do romantyzmu. Nie, nie żartuję.

W połowie XIX wieku europejscy artyści odwrócili się od  klasycyzmu i oświecenia. Zaczęli krytykować racjonalizm, metody “szkiełka i oka”, industrializm. W sztuce liczyły się emocje, także te o mrocznej proweniencji, przerażenie i  groza stały się drogą estetycznego zachwytu. Shelley, Coleridge,Poe w literaturze, Spohr, Weber w muzyce – ich romantyzm miał więcej wspólnego z amerykańskimi horrorami niż można by się spodziewać po  dziełach pokrytych muzealnym kurzem. W takim towarzystwie de Babalon czułby się znakomicie. I nie ma znaczenia, że urodził się ponad sto lat później, ani że używa zupełnie innych środków wyrazu. O jego nagraniu “If You’re Into It, I’m Out Of It” Thom Yorke z Radiohead powiedział, że jest “najgroźniejszą płytą, jaką ma w swojej kolekcji”, a o twórczości Niemca mówi się, że pełna jest “odjechanych beatów, wielkich i mrocznych przestrzeni i bezustannej melancholii”.

On sam zresztą też mówi, jak romantyk:
- Sampluję raczej atmosferę niż muzykę. Używam na przykład nagrań kogoś płaczącego w kącie dużego pokoju, gdy za oknem pada deszcz. Ktoś kaszlący w momencie, gdy orkiestra gra pianissimo. Jakąś zabłąkana duszyczka śpiewająca w metrze, którą obszczekuje pies – opowiadał w wywiadzie przeprowadzonym przez Aleca Empire’a.

Na pytanie Empire’a o tę ponurą naturę jego utworów odpowiedział: – Nastroje, z którymi chciałem pracować, pochodzą gdzieś z głębi mnie. Jakaś forma melancholijnego wyczekiwania. Może łez, wszechświat smutku, romantyczna apokalipsa.
Takie słowa spokojnie mógł-by wypowiedzieć np. Piotr Czajkowski.

Podobieństwo do twórców z XIX wieku widać także w tematyce. Płyta “Scylla & Charybdis” powstała na bazie greckiego mitu o nimfach przemienionych  w potwory morskie. W romantyzmie album uznano by pewnie za muzykę programową, ba! może nawet za poemat symfoniczny. Zresztą kilka cech wspólnych można znaleźć w samej materii muzycznej: ciężkie, gęste faktury, silne kontrasty, dramatyczne wzniesienia, różnice dynamiki, gra barwą dźwięku.

Nie wiem, co na taką paralelę powiedziałby sam Babalon i  pewnie się nie dowiem, bo prawie w ogóle nie udziela wywiadów. Pozostaje tajemniczy, skry-ty gdzieś w cieniu przemysłu muzycznego. Tu akurat bliżej mu do muzyków średniowiecza.

Kurier Lubelski, 17 lutego

Nie taki zły, jak go modulują

14 Luty 2011

“Na Na Na Naaaaa/Na Na Na Naaaaa, Heeey Heeeey Heeey/Goooodbyeeeee” – fałszował refren przeboju Steam Jay-Z w “D.O.A. (Death of Auto-Tune)”, protest-songu przeciwko auto-tune. Wtedy gotów byłem fałszować na cały głos razem z nim, ale ostatnio przeprosiłem się z tym wynalazkiem.

Zmiana poglądów nie przyszła mi łatwo. Jak wszyscy, poznałem auto-tune za sprawą hitu Cher “Believe” z 1998 roku, przed którym nie było ucieczki, ale prawdziwą traumę przeżyłem po zetknięciu (splunąć) z “Blue (Da Ba Dee)” grupy (splunąć przez lewe ramię) Eiffel 65. Szkolny kolega mojego kolegi postanowił na jakiejś imprezie zaprezentować nam własną wersję przeboju live. Człowiek ów odznaczał się wielką miłością do disco-polo i eurodance’u, fatalnym stylem ubioru i zdumiewającą pomysłowością. Nie znając tajników produkcyjnych numeru – a faktycznie były one przez zespół ukrywane – wpadł na pomysł, by traktowany oprogramowaniem dźwięk uzyskiwać naturalnymi metodami. Innymi słowy:  śpiewając zatykał mocno nos. Nie ma dobrego przymiotnika w języku polskim, który oznaczałby jednocześnie rozbawienie, grozę, wstyd, smutek i zdziwienie, ale gdyby istniał, to nim należałoby opisać nasze miny podczas prezentacji.

Czym jest auto-tune wyjaśnił mi dopiero na studiach znajomy muzyk. Powiedział, w największym sekrecie, że podobno Enrique Iglesias dysponuje jakimś magicznym sprzętem poprawiającym błędy w śpiewie. Na takiego newsa mój filozoficznie nastawiony znajomy odparł, że “to już chyba koniec świata i jak tak dalej pójdzie, to nie trzeba będzie znać ani jednego akordu, żeby grać na gitarze”. Odparliśmy ze śmiechem, że przesadza. Ugryzłem się w język o kilka lat za późno, grając po raz pierwszy w Guitar Hero.

Dalej było tylko gorzej. Lil Wayne, T-Pain, Usher i niezliczone zastępy popowych wokalistek i wokalistów podpisali jakiś międzynarodowy pakt, że będą używać auto-tune’a co najmniej w połowie piosenek na każdym albumie. Z wyżej wymienionych najbardziej podpadł mi Lil Wayne i jego “Lollipop”. Gdyby Orwellowski pokój 101 istniał naprawdę – to Ministerstwo Miłości pomysł na tortury ma z głowy.

Czym właściwie jest auto-tune? Oprogramowaniem firmy Antares Audio Technologies, które pozwala na wyrównanie o zadany interwał błędów wokalnych. W programie ustawia się docelową tonację, szybkość reakcji, ew. vibrato i dokładność.
O kilka spraw związanych z tym tematem zapytałem znajomego realizatora  Bartka Pyczka, w końcu to jego broszka.

- Właściwie obecnie większość popowych utworów koryguje się przy użyciu Melodyne, programu podobnego do auto-tune – mówi. – Można tu ręcznie poprawiać każdy dźwięk, podwyższając go lub obniżając kilkoma ruchami myszką. Co do mikrofonów z wbudowanym korektorem, to są one rzadkością. Cena za nie to kilka tysięcy złotych i nie znam osobiście polskiej firmy nagłaśniającej, która dawałaby takie urządzenie w zestawie.

Omawiane przeze mnie nagranie Cher uzyskano za pomocą bardzo szybkiej korekcji dźwięku, zbyt szybkiej dla ścieżki, która właśnie jest obrabiana, co daje ten robotyczno-jodłująco-łkający efekt. Co ciekawe, także producenci “Believe”, Mark Taylor i Brian Rawling, nie chcieli zdradzić zastosowanego w studiu tricku, twierdząc, że użyli syntezatora Korg VC10 z wbudowanym vocoderem, poprawiając efekt m.in. pedałem Digitech Talker.

Koniec końców użyliśmy zvocodowanych sekcji tylko tam, gdzie dawały najbardziej uderzający efekt, ale nie sprawiały, że tekst był niezrozumiały. W tym celu fragmenty traktowane vocoderem były bardzo krótkie. Np., gdy Cher śpiewała: “Do you believe in life after love?”, wklejałem obrobione wokale tylko na na sylabach “belie-” w słowie “believe” i “lo-” w słowie “love” – ale to wystarczyło, by cała fraza brzmiała naprawdę interesująco. Upewniłem się jeszcze, że każde ostatnie słowo  na końcu frazy jest nieobrobione, bo jak mówiłem, wtedy brzmiało to zbyt bełkotliwie – vocoder utrudniał zrozumienie tekstu , mówił Mark Taylor w wywiadzie dla Sound on Sound.

Zacząłem jednak od tego, że polubiłem auto-tune, a w każdym razie, w niektórych przypadkach. To zasługa trzech świeżych albumów: “The Age of Adz” Sufjana Stevensa, “My Beautiful Dark Twisted Fantasy” Kanye Westa i debiutu Jamesa Blake’a.
Kanye West:

Sufjan Stevens (od 10:05):

Tu kilka przykładów (promo-mix albumu Blake’a):

Nie znosiłem auto-tune’a w dwóch przypadkach. Pierwszy – gdy głos wyrównywano nieznacznie, ledwo zauważalnie, np. tylko raz we frazie i tylko o pół tonu, by ukryć mizerną technikę artysty, który nie chciał (albo nie mógł) poprawić tego kolejny raz przed mikrofonem. To chyba najgorsze z możliwych zastosowań, bo dostajemy półprodukt. Piosenka tak czy owak brzmi sztucznie, jednocześnie mówiąc: “Nie no, co to to nie, auto-tune? Jaki auto-tune? Pierwsze słyszę, a skąd…”.

Drugi ma miejsce, gdy auto-tune podkręcano do granic możliwości. Tu jest nieco bardziej fair, bo nikt niczego nie udaje, ale celem z kolei jest po prostu naśladownictwo. Piosenka zdaje się mówić: “Wszyscy tak robią, to dlaczego ja mam iść pod prąd?”. Najgorsze zaś, że taki przesadny tuning stosowano w przypadku kiepskich głosów lub kiepskich kompozycji.

A co, gdy numer ogłasza: “Mam świetnego wokalistę (np. Sufjana, Justina Vernona), z fajną barwą i dobrą techniką, mam bardzo ciekawe aranżacje i dobrze zbudowaną linię melodyczną. Mimo to podkręcę auto-tune na maksa. Dlaczego? Bo chcę zdjąć z wynalazku odium kiczu lub się do niego sprytnie odwołać, puszczając do słuchacza oko. Albo dlatego, że traktuję go jako kolejny ciekawy środek wyrazu artystycznego. Bo bel canto pełniło przecież podobną rolę. Bo skoro instrumenty mogły dostać distortion i tym podobne, to czemu wokal nie może być modulowany. Bo tak!!!”?

Wtedy mówię: ok, kupuję to.

A co do Jaya-Z i jego walki, to wybrał sobie wyjątkowo niegroźnego wroga do dissu. Też mi gieroj – nawrzucać software’owi…

Sting nie byłby zachwycony

11 Luty 2011

 

Nie chciałbym, żeby ten blog zamienił się w Listę Wpisów o Dziennikarzach Muzycznych, Których Nie Znoszę (bo jak tak dalej pójdzie, to sam na podobną listę trafię), ale Marcinowi Kydryńskiemu poświęcę osobną notkę. Rasizmowi, ksenofobii, szowinizmowi i pedofilii się nie odpuszcza.

Czy wam też wydaje się, że w 43-letnim facecie z cacaną gębą i ciepłym jak kołderka głosem, który opiewa piękno muzyki Stinga jest coś bardzo podejrzanego? Bo mi tak. Marcin Kydryński: syn znanego ojca i znanej matki, znany dziennikarz muzyczny, mąż znanej żony, najbardziej znany polski stingofil – to wszystko jest aż nazbyt piękne, żeby było prawdziwe. No i miałem rację.

W 1995 roku nakładem wydawnictwa Prószyński & Ska na rynku pojawiła się książka “Chwila przed zmierzchem” – relacja podróży Marcina Kydryńskiego do Afryki. Książki nie sposób nigdzie kupić, więc polegam na dwóch artykułach Katarzyny Barczyk, która dotarła do niej przy okazji pisania pracy magisterskiej i poświęciła dwa artykuły napisane na potrzeby Feminoteki i portalu Afryka.org.

Kydryński opisywał wojaż z Marcinem Mellerem, obecnym naczelnym “Playboya” i synem dyplomaty Stefana Mellera bez zbędnych ogródek i z wyraźnym zamiarem wzbudzenia kontrowersji. Wtedy mu się to nie udało – książka przeszła bez echa. Aż do teraz. Nie zrozumcie mnie źle: nie jestem zwolennikiem karania za grafomańskie i pełne uprzedzeń książki. Wręcz przeciwnie – w końcu na tym polega wolność słowa. Ale wolność słowa to także prawo do zrobienia autorowi takich treści elegancko koło pióra.

Dziennikarz, którego wszyscy znają jako wielkiego fana world music i Afryki w ogóle, sypie w “Chwili…” takimi kwiatkami, że gdyby czytał to Richard Bona, to ręki by mu nie podał. Sting pewnie też nie. Proszę bardzo, taki passus:

Zawsze uważałem, że w pragnieniu białych mężczyzn, by posiąść czarne kobiety, jest pewna prawidłowość. Nie wydaje mi się jednak, by chodziło tu o tak lubiany przez seksuologów, jak i historyków motyw dominacji. Widzę tę siłę raczej jako atawizm. Jako sublimację żądzy spółkowania ze zwierzętami. Tak czuł to również znakomity francuski artysta Jean Paul Goude. Jego Murzynki na fotografiach komputerowych, to były klacze, to były zamknięte w klatkach drapieżniki. Czarne dziewczyny a Afryce są prawie zawsze dzikie. Jest to wynik wychowania w społeczeństwie zbudowanym na męskim przywódcy stada. Tak żyją lwy i goryle, tak żyją plemiona Czarnej Afryki. Ich dziewczęta mają wpisaną genetycznie nieufność. Są płochliwe jak małe antylopy, choć urodę dziedziczą po wielkich kotach. Nie nadają się do oswojenia. Mówią innym językiem nawet wtedy, kiedy używają tych samych co my słów. Najczęściej jednak nie mówią w obecności mężczyzn. Łaszą się. Albo polują, jak lwice. Takim polowaniem jest afrykańska prostytucja. Seks dla większości Afrykanek to jedyna radość życia. Używają go w sposób równie naturalny i spontaniczny jak zwierzęta. Jeśli nie pracują i nie kochają się – nuda je zabija. Często więc łączą te zajęcia. Ich prostytucja nie jest konsekwentna. Biorą pieniądze wtedy, kiedy ich potrzebują. Czasem proszą jedynie o śniadanie. Częstokroć proszą tylko o to, by je wziąć. A są nie do wyobrażenia piękne. Nie sądzę, by znalazł się zdrowy mężczyzna, który umie oprzeć się ich urokowi. Nie jest to bowiem wdzięk ludzki, do którego przywykliśmy, ale zwierzęcy. Te dziewczyny proszą, by je pokryć. Zaczynają wtedy pachnieć inaczej, nagle, jak rozkrojone owoce. Wszystko w nich gada o zbliżeniu, oczy, usta, dłonie. Wreszcie mówią wprost tak, jak formułowałby to kocie samice, gdyby potrafiły mówić.

Kydryński używa alter-ego, nie używając pierwszej osoby liczby pojedynczej. Być może po to, by uniknąć odpowiedzialności za takie fragmenty:

Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. „Czarodziejki”… – powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze ręką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki. To dobre słowo, czarodziejki. W Dajr al-Madinie odnalazłem wśród oblepiających mnie dzieci takie śliczne małe zwierzątka. Miałem w portfelu kilka banknotów. Może trzy funty. W hotelu dwudziestopięciofuntówki. Je uszczęśliwia funt, nawet dwadzieścia pięć piastrów. Przychodziły mi do głowy myśli występne, że za dwudziestkę mógłbym taką pachnącą miodem, śniadą dziewczynkę wziąć do swojego hotelu i pieścić przez wiele godzin. Świństwo, ale potworną miałem na to wówczas ochotę.

W razie, gdybyście nie mieli dość, odsyłam do tekstu autorki, dzięki której na stronie Wiki Kydryńskiego pojawiła się stosowna zakładka “Kontrowersje”.

I pomyśleć: taki ładny, miły gość. Lubi jazz, i Stinga, i w ogóle taką ładną muzykę nadaje w radiu. A pod spodem taka Sodoma i Gomora. Patrzę na okładkę książki Lucjana Kydryńskiego “Przejazdem przez życie… Kroniki rodzinne” i uśmiechnięte twarze szczęśliwej familii. I już wiem, czemu to zdjęcie zawsze wydawało mi się przesadnie pozowane.

Jak nie zjeść własnego ogona

8 Luty 2011

No więc właśnie napisałeś z kumplami z zespołu świetną piosenkę. Tekst, melodia, emocje – jest wszystko, co trzeba. Brzmienie nieco szorstkie, ale wyjątkowe i autentyczne. Dziewczyny na próbie aż piszczały z wrażenia, wszyscy znajomi, którym ją włączaliście kiwali z podziwem głową. Doszedłeś więc z resztą zespołu do wniosku, że granie po godzinach na poddaszu basisty to już przeszłość. Uderzycie po dużą kasę i sławę. Wezmę teraz do ręki szklaną kulę i powiem ci, co się wydarzy.

Najpierw założycie stronę na MySpace. Potem na Facebooku. I na Last.fm, i na Wikipedii. Rozreklamujecie się na forach: lokalnych, ogólnopolskich i międzynarodowych (trochę skaleczyliście angielski, ale co tam, przecież nie macie w grupie nikogo po filologii). Wasza koleżanka z ASP strzeli wam dziwaczne, nieczytelne, artystyczne fotki, które razem z kawałkiem nagranym w mp3 i biografią roześlecie po wszystkich znanych wytwórniach, gazetach i miesięcznikach. Już za kilka dni wpadniecie w euforię.

Na Fejsie złapiecie setki znajomych, na MySpace będziecie mieli kilka tysięcy przesłuchań, dostaniecie kilkaset mejli i postów z gratulacjami. Euforia minie miesiąc później, gdy okaże się, że nie odezwała się żadna wytwórnia, a liczba przesłuchań nie zbliża was ani kroku dalej do upragnionego sukcesu. Nastąpi pierwszy kryzys, który jednak szybko zażegnacie.

Postawicie na koncerty – w końcu jakoś trzeba dać się poznać, prawda? Prawda. Na pierwszych 10 występach pojawi się łącznie jakieś 300 osób. Dużo mniej, niż wynikałoby z kliknięć “wezmę udział” na last.fm i FB, ale nic to. Gorzej, że do interesu musieliście dołożyć, bo koszty przejazdów były większe, niż dochody z biletów. Perkusista ma jednak bogatych rodziców, którzy sypną groszem.

Kumple mają coraz mniej ochoty na weekendowe wyjazdy, z których nie ma ani złotówki, ale chętnie pracują nad kolejnymi piosenkami. Większość z nich nie jest tak dobra, jak omawiany hit, ale kilka naprawdę daje radę. Jest też kolejny powód do zadowolenia: kolega kolegi kolegi ma kolegę, który jest producentem hiphopowym i za flaszkę postanowił, cytując go: “nadać piosence nowy wymiar”. Składacie się i po dwóch tygodniach dłubaniny w nielegalnym Pro Tools i Cubasie producent dostarczył lekko podrasowaną wersję materiału. Sub-bass i mnóstwo pogłosu nieco was zdziwiło, ale rzecz brzmi nowocześnie (w każdym razie tak twierdzi kolega kolegi kolegi kolegi), więc jesteście szczęśliwi. Zmęczeni czekaniem na odzew majorsów postanawiacie uderzyć bezpośrednio do stacji radiowej. Niech grają waszą muzykę – od tego są, racja? Racja. Sęk w tym, że jesteście notorycznie zbywani.  Ten “znajomy” producent mówi, że tu trzeba mieć znajomości w branży, że ot tak, kawałka w eterze nie będzie.

W sukurs przychodzi tata perkusisty. Wykorzystuje swoje kontakty biznesowe i dowiaduje się, że nie ma sprawy: utwór może być grany w radiu, nawet jako power-play. Pod jednym, warunkiem: ktoś ważny musi was poprzeć, a wy musicie wyłożyć kilkanaście tysięcy na tzw. payolę, czyli zwyczajnie łapówkę. A takiej kasy na zachcianki syna ojciec pałkera nie wyłoży.

Trzeba więc poznać kogoś ważnego. Pukacie od drzwi do drzwi, co zajmuje kilka miesięcy, ale w końcu (znowu dzięki koledze ojca perkusisty) udaje się wam spotkać z reprezentantem mejdżorsa. Ten mówi na wstępie, że “piosenka fajna, czemu nie, ale takich to on zna setki”. I że nawet z chęcią ją wyda, ale pod warunkiem, że będzie miał z tego kasę. A będzie miał kasę, jeśli piosenka będzie popularna, np. często nadawać ją będzie radio. Najbystrzejszy w kapeli basista (zaprzeczamy stereotypom) twierdzi, że jak nic przypomina mu to Uroborosa.

Schodzicie poziom niżej – umawiacie się na spotkanie z lokalnym wydawcą. Ma złą reputację, ale przynajmniej chce z wami od ręki rozmawiać.  Facet odsłuchuje przyniesione CD-R i, ku waszemu zaskoczeniu, stwierdza, że dobrze rokujecie, postanawia wydać wam płytę i podpisać kontrakt. Grupę ogarnia szał radości. Nie jesteście idiotami i idziecie z umową najpierw do prawnika, który mówi, że wszystko gra. Podpisujecie.

W tzw. międzyczasie na MySpace i FB macie coraz więcej przesłuchań i znajomych, blogosfera huczy od hype’u, jesteście chwaleni za oryginalność i szczerość. Wszyscy pytają: “kiedy płyta?”. Odpowiadacie: “pracujemy nad nią”.

Ponowne nagranie w studiu i wynajęcie producenta finansuje wydawca, w zamian za część przyszłych dochodów. Z nagrania nowy producent wycina pogłosy i sub-bass, łagodzi za to brzmienie, dodaje solówkę na akustycznej gitarze i żeńskie chórki. Brzmi raczej kiczowato. Brzmi, jak milion innych piosenek, ale co robić – “wóz albo przewóz” mówi producent. Twierdzi, że w ten sposób dotrzecie do szerszego odbiorcy. No cóż, skoro on tak mówi…

Za pieniądze od wydawcy fundujecie sobie nową sesję fotograficzną, nową perkusję, efekty do gitary i markowe ciuchy. Zatrudniacie też pierwszego menadżera, tzn. kolegę z roku. Ten bierze jednak wypłatę, przepija ją, po czym robi awanturę w jednym lokali, gdzie graliście. Wylatuje. Nowego nawet nie szukacie, zajmiecie się tym sami.

Rusza machina promocyjna. Właściwie, to “machina promocyjna”, bo większość (wysyłanie mejli, telefony do redakcji radiowych, telewizyjnych i gazetowych) załatwiacie wy, ale udaje się załatwić kilka wywiadów w lokalnej prasie i, co za sukces, dwa występy w telewizjach śniadaniowych. Rodzice chwalą się wycinkami z gazet i mówią sąsiadom, że ich synowie byli w telewizji. Koledzy z pracy i studiów żartują, że może dalibyście im autografy, bo wkrótce będą dużo warte. Wy jednak ledwo zipiecie. Wciąż musicie pracować na etatach/studiować i jednocześnie zajmować się promocją własnej formacji.

Na kolejne pięć koncertów przychodzi 600 osób, co oznacza że jesteście pięć tysięcy do przodu. Dzielone na pięć daje tysiaka, ale trzeba odliczyć koszty paliwa i dwóch noclegów. Razem wychodzi po kilka stówek na łebka za ponad miesiąc weekendowego grania. Nie jest dobrze. Byłoby dużo więcej, ale ten sukinsyn z jednego z klubów nie zapłacił wam ani grosza. Nie macie ochoty na sprawy sądowe, więc odpuszczacie. Ale nic to – płyta już jest w tłoczni. Zacieracie ręce: “teraz jesteśmy bliżej, niż kiedykolwiek”.

Problem w tym, że Empik nie wstawi wydawnictwa na półki. Koniec. Kropka. Nie wiecie dlaczego, ale podobno jesteście debiutantami, a takich nikt nie kupuje, a po drugie – nie stoi za wami duża wytwórnia. Uroboros wciąż je ogon.

Lecz jest szansa: krążek weźmie do sprzedaży jakiś sklep internetowy. Rozprowadza go jako mp3 i na kompakcie. Tyle że po pół roku album na CD kupuje raptem 100 osób – i macie podejrzenia, że połowa to wasza rodzina – a empetrójki 200 osób. Po rozliczeniach z firmą (label odlicza sobie koszt nagrania i własną część, sklep swoje) okazuje się, że wasz dochód jest skandalicznie niski.

Na koncertach sprzedajecie łącznie 80 egzemplarzy kompaktów. Resztę kilkutysięcznego nakładu rozdajecie dziennikarzom, znajomym i oddajecie do przechowania mamie basisty – ma dużą piwnicę. W prasie pojawia się jedna recenzja, na dodatek negatywna – skrytykowano was za komercjalizację i bylejakość. Jednocześnie w blogosferze i na forach zbieracie cięgi za powielanie schematów i próbę zostania “kolejnym gównianym, popowym bandem”. “Gdzie to fajne brzmienie?”, pytają wszyscy. Z wściekłości odpowiadacie na jeden z wpisów na popularnym serwisie w komentarzach. Efekt jest odwrotny do zamierzonego – tracicie fanów, którzy nie chcą wspierać mainstreamowej grupy, oburzonej na każde nieprzychylne słowo.

W ramach egosurfingu wpisujecie nazwę albumu i kapeli do google. Na pierwszym miejscu: recenzje (niestety głównie te złe), dalej – plik z końcówką “.rar” na mediafire, który może ściągnąć każdy. Na dodatek płyta krąży już w p2p, a wy nie macie już w ty kieracie czasu na ściganie piratów. Każdy z ekipy ma przecież robotę, niektórzy rodziny dziewczyny, a wszyscy muszą grać kolejne koncerty. O nowym materiale nawet nie ma o myśleć. Mija rok. Płytę kupiło 220 osób – gra okazuje się niewarta świeczki.

Jakby tego było mało, wasz wydawca zwinął interes i nie odbiera od was  telefonów i już wiecie, skąd ta zła reputacja. Teoretycznie moglibyście wstąpić na drogę sądową i walczyć o resztę tantiem, ale właśnie dowiedzieliście się, ile kosztuje adwokat.

W akcie desperacji chcecie wziąć udział w konkursie dla debiutantów organizowanym przez dużą firmę, ale regulamin zabrania startu kapelom z kontraktem. Wąż zeżarł ogon.

Kumple z kapeli mówią, że show-business im bokiem wychodzi, mają zapieprz w robocie i nie mają czasu na iluzoryczną karierę artysty. Prób od dawna nie gracie – basiście rodzi się córka i poddasze zostało zaadoptowane na pokoik dziecinny. Nie ma gdzie ćwiczyć. To już oficjalnie porażka. Rozpadacie się.

Możecie powiedzieć, że przesadzam, że piętrzę przed młodzianami problemy i rzucam im kłody pod nogi. Tyle że opisywana historia – a raczej opisywane historie, bo to zlepek kilku ścieżek kariery pewnych artystów – jest prawdziwa.*

Żeby nie kończyć w ponurym tonie – gdzie tu popełniono błędy? Co zrobić, by uniknąć podobnego losu?

1. Jeśli mierzysz w mainstream – szukaj wydawcy, jeśli nie – zajmij się wydawaniem sam
W przypadku muzyki, która ma duże szanse spodobać się hipsterom, a małe Kowalskiemu – lepiej unikać pośredników. Ci kosztują, a na tego rodzaju muzyce kroci raczej nie zarobisz.

2. Nie licz na kompakty, nie sprzedają się
Jeśli koniecznie chcesz mieć w zanadrzu jakiś materialny dowód swojej twórczości dla, powiedzmy, przedstawiciela wytwórni, wręcz mu chociażby własnoręcznie ozdobiony CD-R. Efekt ten sam, a koszty nieporównywalnie niższe od tłoczenia (kilkadziesiąt tysięcy za kilka tysięcy sztuk).

3. Nie daj sobie wejść na głowę
Dyktować ci brzmienie i pomysły artystyczne to może Rick Rubin, a nie jakiś Jasiu z firmy Płytex Sp.z.o.o. Jeśli nie jesteś asertywny – daj sobie spokój z tym biznesem.

4. Walcz z piractwem na własną rękę
Wysyłanie mejli z prośbą o zdjęcie albumu z serwera na Rapidfire, czy eMule nie kosztuje nic, oprócz czasu, a może dać zaskakująco dobre rezultaty. Bo rozumiem, że na Web Sheriifa kasy na razie nie masz.

5. Zatrudnij dobrego menadżera
Tak, wiem, że o takiego trudno, ale kto mówił, że będzie łatwo? Dobry menago powinien załatwić problem z koncertami i uniknąć oszustów, bo wie, co, gdzie i z kim warto robić. No i będziesz miał czas na tak zwaną aktywność twórczą.

6. Olej sieciówki
Nawet jeśli zechcą sprzedawać twoje kompakty (a patrz także pkt 2.), to i tak zdrowo cię okroją. Im mniej pośredników – tym lepiej, pamiętaj!

7. Może winyl, albo kasety?
Pierwsze są wciąż chętnie kupowane, drugie mają walor nowości i egzotyki. Może jeszcze inne metody dystrybucji? A dlaczego nie kompakty? Patrz pkt.2.

8. Nie licz na to, że ilość znajomych na Facebooku da ci jakiekolwiek wymierne korzyści

9. Nie licz na to, że odsłuchania na Last.fm i MySpace dadzą ci jakiekolwiek wymierne korzyści

10. Szukaj pomocy, gdzie tylko się da
Bombarduj media mejlami, a najlepiej – odwiedzaj dziennikarzy osobiście. Doceń blogerów darmochami – poczują się w obowiązku napisać o tobie.

11. Nie krytykuj krytyków
Zasada stara, ale prawdziwa: niech piszą co chcą, byle nazwiska nie przekręcali.

11. Bądź kreatywny
Nie tylko w studiu, ale w formie promocji i dystrybucji. Za rok wszystkie te rady mogą być przestarzałe i śmieszne.

* niektóre fakty zostały zmienione

Hiperrecenzja

4 Luty 2011

Zastanawiałem się, czy pisanie w internecie ma przewagę nad artykułem w papierze.

Same linki niosą przecież podwójną ilość informacji.

Jakby to zatem było, napisać recenzję nie pisząc o płycie ani słowa, zamiast tego wykorzystując linki, które otwierane po kolei stworzyłyby osobną, skojarzeniową “recenzję”?

I już wiem.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.