
- Dzieci, czy opowiadałem wam, jak na studiach założyłem zespół free-improv, który w instrumentarium miał m.in. marchewkę?
- Tak tato, opowiadałeś co najmniej kilka razy….
-…no to posłuchajcie:
Jeszcze jako student filozofii wybrałem się do jednego z lubelskich klubów na koncert szwedzkiego duetu. Nie znałem wcześniej zespołu, nie wiedziałem też, jaki styl muzyczny reprezentują. Okazało się, że robią w awangardzie. Oznaczało to mniej więcej tyle, że jeden z nich produkował buczenia i sprzężenia na lap slide guitar za pomocą szklanki wypełnionej wodą (nie próbujcie tego robić w domu), zabawek i tym podobnych, a drugi miział łańcuchami swój saksofon, od czasu do czasu liżąc zapamiętale ustnik. Obydwaj mieli przy tym miny aktorów porno tuż przed orgazmem. Nie, żeby wasz ojciec oglądał porno.
Sądząc po reakcjach, publiczność szybko podzieliła się na dwie grupy. Pierwsza, mniej liczna i apologetyczna, siedziała z zamkniętymi oczami, wsłuchując się intensywnie w każde sprzężenie i kiwając twierdząco przy co ostrzejszym pisku. Co jakiś czas apologeci rzucali pogardliwe spojrzenia ludzi, którzy wiedzą więcej w stronę drugiej części widowni. Ta zaś, nazwijmy ją krytyczno-prześmiewczą, pękała ze śmiechu na widok pocierającego erotycznie swój instrument saksofonisty i wiosłowego, wyginającego spazmatycznie tułów w rytm, którego przecież nie było.
Gwoździem wieczoru okazała się prośba saksofonisty, by w trakcie występu podać mu szklankę wódki. Nie dowiedziałem się nigdy z jakim przeznaczeniem, gdyż bar dysponował tylko piwem, co najwidoczniej nie odpowiadało koncepcji artystycznej muzyka.
Po przerwie sytuacja szybko się wyklarowała: krytyczno-prześmiewcza połowa sali opuściła klub, apologeci pozostali kontemplować. Ja dołączyłem do tych pierwszych.
Tego samego dnia skontaktowałem się z przyjacielem, któremu opowiedziałem cały wieczór ze szczegółami. W trakcie rozmowy wpadłem na iście szatański pomysł: załóżmy taką grupę i zagrajmy koncert. Przyjaciel – sam będący wówczas poetą i wokalistą rockowej grupy – natychmiast temu przyklasnął. Tak powstała nasza efemeryczna formacja.
Przy wyborze nazwy postanowiliśmy działać na zasadzie intuicji: ja rzuciłem trzy wyrazy, a przyjaciel szybko odpowiedział trzema słowami, które przyszły mu na myśl po moich propozycjach. Ponieważ kapela może jeszcze zaliczyć comeback pozwolicie, że nie zdradzę prawdziwej nazwy. Niech będzie, że nazywaliśmy się Orkiestra Leśnego Jelonka.
Skład OLJ ukształtował się równie szybko, jak nazwa. Było to łatwe o tyle, że zgodnie z założeniami jakiekolwiek umiejętności muzyczne były nie tylko niepotrzebne. Ba!, były wręcz niewskazane. Żeby więc spełnić w jakimś stopniu wymogi znajomy basista zagrał na perkusji, gitarzysta na klawiszach, wokalista na gitarze, a dziewczyna gitarzysty na marchewce. Nie pamiętam, na czym miałem zagrać ja, ale przypuszczam, że w duchu spontaniczności stwierdziliśmy, iż “coś tam się wymyśli”. Ważniejsze było przygotowanie manifestu.
Zabrałem się do tego bardzo fachowo. Przewertowałem stosy recenzji płyt z free improv i opracowań estetycznych, otworzyłem słownik wyrazów obcych i wysmażyłem coś, pod czym mógłby podpisać się Alan Sokal. Naszpikowane muzycznym mambo-jambo zdania były poprawnie złożone gramatycznie, jednak sens i treść pozostała enigmatyczna nawet dla mnie. Ukułem na potrzeby OLJ jakiś chwytliwy neologizm, opisujący naszą działalność i wrzuciłem to to do internetu.
Dzieciaki, żeby wszystko było jasne: nie byłem nigdy przeciwnikiem samego free-improv, ani tzw. muzyki intuicyjnej. Nasza koncepcja miała być szpilką przekłuwającą balon z napisem artsy-fartsy, czymś na kształt The Portsmouth Sinfonia.
Uważam, że jest to fenomenalna droga dla każdego muzyka do samopoznania, do przetestowania umiejętności rozmowy dźwiękiem, wyzwolenia się na jakiś czas ze sztywnego kołnierza popowej, pochodzącej od ronda formuły “zwrotka-refren-zwrotka”, czy jazzowej “temat-improwizacja na jego bazie-wspólny powrót”. Jednak koniec końców wolna improwizacja staje się sama zamkniętą formułą, cul-de-sac dla większości artystów. Tylko dla niewielu (np. AMM, Evan Parker) abstrakcyjne, nieskrępowane granie staje się sensowną formą wypowiedzi. Częściej, po okresie początkowych zachwytów wolnością prowadzi donikąd, stawia artystę przed ścianą…
- Tato, litości, już nam to mówiłeś tyle razy…
- Ach tak, no tak. A więc powróćmy do koncertu…
Postanowiliśmy nie psuć naszej twórczości jakimikolwiek próbami i tym podobnymi bzdurami i pójść na całość. Znaleźliśmy lokal, który zgodził się na taki eksperyment, wywiesiliśmy plakaty, zareklamowaliśmy się w sieci, przygotowaliśmy instrumenty (w tym marchewkę i tarkę) i oczekiwaliśmy na publiczność. Tu muszę się wam do czegoś przyznać: ogarnęła mnie taka trema, że w końcu nie zagrałem na niczym. Ograniczyłem się do tłumaczenia koncepcji, przedstawienia manifestu, zapowiadania kolejnych numerów i ich historii (których na dobrą sprawę nie było).
Dodam jeszcze, że wstęp był wolny, bo uznaliśmy, że to już byłoby małym oszustwem. Słuchacze przybyli tłumnie w liczbie sześciu. Połowa i tak wyszła w trakcie, co nie powinno być zaskoczeniem. Zgiełk i bałagan był nie do zniesienia. Ale dla mnie trudniejsze okazało się zachowanie powagi. Nie tylko dla mnie zresztą. Przyjaciel zapamiętale grający jedyny znany sobie akord spojrzał w pewnym momencie na salę, na swoją dziewczynę, rytmicznie ścierającą marchewkę, na perkusistę ryczącego i buczącego w werbel i wybuchnął histerycznym śmiechem, którym szybko zaraziłby resztę załogi, gdyby nie zdusił go największym wysiłkiem woli.
Ostatni utwór zapowiedziałem krótko jako “Radość”, co przypadkowo okazało się wskazówką w stylu tych, które dawali muzykom John Zorn (pokazując rysunek buta), Scott Walker (“niech smyczki brzmią, niczym nadlatujące bombowce”), czy Cornelius Cardew (“Trzy razy zagraj dźwięki, które uważasz za głupie lub okropne”). A to dlatego, że wszelkie zahamowania puściły. Drużyna wyła, sprzężała, krzyczała i szurała, nadając nowego znaczenia zwrotowi “radosna twórczość”. Po skończonym koncercie większość opinii publiki była jednoznaczna i nie nadająca się do powtórzenia osobom nieletnim, ale był wyjątek. Jeden ze słuchaczy podszedł do pałkera i powiedział: “wiecie co, sporo musicie dopracować, ale ten ostatni utwór, nie powiem – robił wrażenie”. Zbaraniały perkusista opowiedział nam to potem jako świetną anegdotę, ale pointa leży gdzie indziej. Bo wiecie, co się stało?
- Tak, ten facet od komplementu zainspirował się wami, sam został awangardowym muzykiem i tworzył później z powodzeniem muzykę do spektakli!
- To znacie tę historię? A nic nie mówiliście…







