30 najlepszych płyt 2000-2010 w kolorach

28 Grudzień 2010

Christopher R. Weingarten świetnie zdiagnozował problem współczesnego dziennikarstwa muzycznego: “w sieci znajdziesz wiele odpowiedzi na pytanie ‘kto?’, ale nie na pytanie ‘dlaczego?’”. Z listami thebestof jest podobnie. Żaden problem zebrać ileśtam albumów, ponumerować je i wrzucić na bloga/do serwisu z krótkimi opisami, z tym że nikt nie troszczy się o wymienienie wymogów wyboru. Chcę, żeby moja lista Top 30  była transparentna bardziej, niż wymaga Wikileaks i zrozumiała bardziej, niż instrukcja obsługi ołówka. Dlatego trzem głównym kryteriom estetycznym odpowiadają trzy barwy podstawowe. Jeśli album spełnia kilka warunków naraz – jest w barwie pochodnej.

Kryterium żółte
Nagrania żółte to te, których największą zaletą jest nowatorstwo. Używanie zupełnie nowego języka muzycznej wypowiedzi, odkrywczość, eksperymentatorstwo (przy czym eksperyment powinien być zakończony sukcesem) są tu ważniejsze, niż np. przyswajalność muzyki (zresztą to rzecz dyskusyjna), czy emocje, które płyta ze sobą niesie. Przez nowatorstwo rozumiem inwencję w kompozycji, zaskakującą fuzję gatunków, niespotykaną wcześniej technikę wykonawczą. Najlepiej, by płyta miała wszystkie te cechy jednocześnie, bo dodatkowym założeniem jest, że pewne wartości stoją wyżej, niż inne. Na przykład: awangardowa produkcja “Embryonic” Dave’a Fridmanna to jednak za mało, by The Flaming Lips załapali się do zestawienia. Załapuje się za to taki “Manafon”, za integrację free improvisation, glitch, ambientu ze słowem mówionym/śpiewanym.

Kryterium czerwone
Tu decyduje jakość. Wewnętrzna logika utworów, umiejętne prowadzenie narracji, najwyższy stopień instrumentalnego i wokalnego wtajemniczenia (spokojnie, Yngwiego Malmsteena tu nie ma), niebanalne podziały rytmiczne, szósty zmysł do tworzenia ponadczasowych melodii, siódmy zmysł do harmonii – to czerwony conditio sine qua non. W tym przypadku “Lateralus” może podać rękę “Veckatimest”.

Kryterium niebieskie
Nie chcę rezerwować podsumowania wyłącznie dla Johnów Cage’ów i Johannów S. Bachów, jak mogło by się wydawać po lekturze żółto-czerwonych zastrzeżeń. W końcu piękno wynika czasem z prostoty, szczerości, energii, charyzmy artysty, klimatu dzieła. I między innymi właśnie te przymioty uwzględnia niebieski miernik. Chociaż uważam, że emotywność muzyki to przede wszystkim skutek zastosowania odpowiednich zabiegów muzycznych, to tu jest miejsce na tzw. ładunek emocjonalny. Słowem: brzydki, ale wyjątkowy i wzruszający wokal Vica Chesnutta bije The Dillinger Escape Plan, lo-fi Bon Iver bije nowego Kanye Westa, goniec na A4, wieża bije skoczka. Szach mat.

Uwaga 1.: Po to mam obiektywne wyznaczniki, by się ich trzymać, ale o absurd zahaczałoby, gdybym wymieniał krążki, których nie lubię wystarczająco, by je tu umieścić. W końcu to prywatna lista na prywatnym blogu. Stąd brak np. dubstepowców i chillwave’owców. Pierwszych i drugich doceniam za świeże brzmienie i klimat, ale nie spotkałem żadnego wydawnictwa, które rzuciłoby mnie na kolana. Wymieniam więc ławkę rezerwowych: “Untrue” Buriala, “Causers of This” Toro Y Moi i “London Zoo” The Bug gwoli obiektywizmu.

Uwaga 2.: Numeru 1.  nie będzie. Numeru 30. też nie. Bądźmy poważni, przyznawanie miejsc dobre jest na olimpiadzie, nie w muzyce.

Radiohead “Kid A”, 2000

Gdyby “Kid A” było obrazem, wisiałoby w Tate Modern między Matissem, a Rothko.

Grizzly Bear “Veckatimest”, 2009

Prosta recepta na sukces: nagrać 52:02 i nie zmarnować ani jednej sekundy.

Tool “Lateralus”, 2000

Wzorzec z Sevres selektywnej produkcji, Mount Everest mądrze wykorzystywanej wirtuozerii, stratosfera umiejętności wokalnych. Opus magnum prog-metalu.


Joanna Newsom “Ys”, 2006

Jeden z dwóch najwspanialszych głosów minionej dekady.



Antony and the Johnsons “I Am a Bird Now”, 2005

Drugi z dwóch najwspanialszych głosów dekady.


Sunn O))) “Monoliths & Dimensions”, 2009

Panowie i panie, którzy tworzycie tzw. modern classical, contemporary chamber music i tym podobne: zapoznajcie się z “Monoliths & Dimensions”, bo to metalowcy są rzeczywistą awangardą, nie wy.


Keith Jarrett “Paris/London: Testament”, 2008

Nie będę nawet udawał, że ogarniam rozumem cały “Testament”, że prześledziłem wszystkie wątki, bo to robota na lata. Co nie przeszkadza w permanentnym zachwycie nad najlepszą płytą Jarretta. Nagrania Iyera zostawię sobie na następne takie podsumowanie.


Flying Lotus “Cosmogramma”, 2010

Hip-hop już nigdy nie będzie taki sam. Nic już nie będzie takie samo.


Jay-Z “The Black Album”, 2003

Bez “99 problems” i “Dirt off Your Shoulder” Shawn Corey Carter grzałby ławę rezerwowych. Z “99 problems” i “Dirt off Your Shoulder” gra w podstawowym składzie. W ataku, rzecz jasna.


David Lang “The Little Match Girl Passion”, 2009

Miałem trudny wybór: Arvo Pärt (“In Principio”) czy David Lang? Zdecydował fakt, że Pärt nie nagrał “For Love is Strong”.


Coil “Musick to Play in the Dark Vol. 2″ 2000

Doznanie metafizyczne.


Ornette Coleman “Sound Grammar”, 2006

W Polsce Colemanowi reputację próbował psuć niejaki pan Piątkowski, nie szczędząc mu złośliwości w swojej encyklopedii jazzu. Jak widać po “Gramatyce dźwięku”, psy szczekają, karawana idzie dalej.


Ensemble Al-Kindî “Parfums Ottomans: Arabic Turkish Court Music”, 2006

Od tego zestawu XV- i XVII-wiecznej muzyki dworskiej Imperium Osmańskiego rozpoczęła się moja przygoda z muzyką arabską i turecką. Abū Yūsuf Yaʻqūb ibn Isḥāq al-Kindī był arabskim matematykiem, filozofem, muzykiem, meteorologiem, fizykiem, chemikiem, logikiem itd. z IX wieku naszej ery, o którym mało kto na zamerykanizowanym Zachodzie słyszał. Nazwaną na jego cześć syryjsko-turecką formację słyszało jeszcze mniej, co jest potwierdzeniem znanej prawdy, że nie ma sprawiedliwości na świecie.


Brian Wilson “SMiLE”, 2004

“SMiLE”, czyli “nastoletnia symfonia dla Boga” – jak opisał ją Wilson, miał ukazać się jako następny po “Pet Sounds” album The Beach Boys. Nie mam wątpliwości, że gdyby tak się stało, Beach Boysów uznano by za najważniejszy zespół w historii muzyki, większy niż The Beatles. Do wydania jednak nie doszło i oto mamy arcydzieło spóźnione o prawie czterdzieści lat.


Tom Waits “Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards”, 2006

Po tym wydawnictwie stało się jasne, że Waits to tak naprawdę rasowy bluesman. Czy raczej prawdziwy crooner. Chodziło mi oczywiście, że jest awangardowym wizjonerem. Może ujmę to inaczej – facet to klasyk jazzu. Choć w gruncie rzeczy to mistrz wodewilu. No dobrze: Tom Waits to Tom Waits.


Queens of the Stone Age “Songs for the Deaf”, 2002

W ostatnim Newsweeku polscy muzycy wybierają swój piosenkowy Top 10. Ze zdziwieniem odkryłem, że zestaw Moniki Brodki nazwano “muzyką kobiecą”. Nie mam pojęcia, co się może pod takim określeniem kryć (bo przecież nie “muzyka grana przez kobiety” lub “muzyka grana dla kobiet” – to byłoby idiotyczne), ale jeśli miałbym szukać przeciwwagi, to “Piosenki dla głuchych” nadają się do tego znakomicie.


Vic Chesnutt “North Star Deserter”, 2007

James Victor “Vic” Chesnutt (12 października, 1964 – 25 grudnia, 2009) pozostawił po sobie wiele pięknej muzyki. Dlaczego akurat “North Star Deserter” poruszył mnie najbardziej? Przyznaję, że zwyczajnie nie wiem.


Four Tet “Rounds”, 2003

Kieren Hebden zmienił moje myślenie o muzyce.


Battles “Mirrored”, 2007

Mathcore w rękach Williamsa, Staniera, Konopki i Braxtona przestał być zabawką w rękach niewyżytych wirtuozów. Stał się narzędziem do tworzenia nowoczesnej sztuki.



…And You Will Know Us By the Trail of Dead “Source Tags & Codes”, 2002

Pierwsze miejsce w kategorii “muzyka podnosząca poziom adrenaliny w krwi”.


Robert Wyatt “Comicopera”, 2007

Last.fm twierdzi, że to najczęściej słuchany przeze mnie longplay wydany po roku 1999. Last.fm, jak powszechnie wiadomo, prawdę ci powie.


Bon Iver “For Emma, Forever Ago”, 2007

Drań. Przyjdzie taki, złamie człowiekowi serce kilkoma piosenkami i jakby nigdy nic pójdzie dalej. Tak się nie robi.


Bill Callahan “Sometimes I Wish We Were an Eagle”, 2009

Na pierwszy rzut oka płyta ładna, prosta, nieco niedbała. Pamiętaj jednak, co mama mówiła: “Synu kochany, nigdy nie oceniaj płyt po wskaźniku melodyjności, piosenkowej strukturze i chałupniczym brzmieniu”.


World Saxophone Quartet “Political Blues”, 2006

Antyestablishmentowe przesłanie płyty zdążyło się na szczęście zdezaktualizować. Muzyce ( jest tu i blues, i free jazz, i fusion, i funk, i post-bop) na szczęście nie zdarzy się to nigdy.


David Sylvian “Manafon”, 2008

Hegel powiedział, że “Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu” – znaczenie pewnych procesów i zjawisk rozumiemy dopiero po fakcie.  Heglowi chodziło jak zwykle o Historię, ale ja mam na myśli “Manafon”.


Peter Gabriel “Up”, 2002

Za Blind Boys of Alabama w “Sky Blue”. Za Nusrata Fateh Ali Khana w “Signal to Noise”. Za 4:55 w “I grieve”.


Scott Walker “The Drift”, 2006

Rzecz poza jakąkolwiek klasyfikacją, nie osadzona stylistycznie w żadnym nurcie, żadnym czasie. Równie dobrze mogłaby to być jedna z płyt czwartej, czy piątej dekady XXI wieku.


Osvaldo Golijov “Ayre”, 2005

Uzasadnienie TUTAJ.


Electrelane “The Power Out”, 2003

Zaskoczeni takim wyborem? Proszę posłuchać “The Valleys”. I co, wciąż zaskoczeni?

Swans “My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky”, 2010

Michael Gira nigdy się nie waha, nie mówi półgębkiem. Jeśli korzysta z dokonań XX-wiecznych kompozytorów (Stockhausen, Ligeti, Bartok), to bierze od nich to, co najlepsze (np. w “You Fucking People Make Me Sick” i “No Words/No Thoughts”). Jeśli bierze się za ciężkie, metalowe riffy, to bez pardonu (“Eden Prison”, “My Birth”). Płyta piękna mrokiem, brutalnością, tajemnicą.

Odpowiedzi: 33 to “30 najlepszych płyt 2000-2010 w kolorach”

  1. de la clue Powiedział/a:

    zauważyłeś, oczywiście, że wyszła ci ‘jedenastolatka’, c’nie?

  2. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    Błaaa, offkors. Żeby nie pisać “dekada” w nazwie remanentu automatycznie wpisałem synonim.

  3. Harry Poitter Powiedział/a:

    Biały kolor ci nigdzie nie wyszedł?:)))

  4. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    @ Harry Poitter

    Nigdzie, ale miałem problemy z określeniem tego czegoś, co powstaje przy połączeniu żółty+czerwony+niebieski. Koleżanka poinformowała mnie, że patrzę na brązowy:)

  5. Mieszko Powiedział/a:

    Przyznaj się, że ten myk z 2000 rokiem to tylko, żeby zmieścić Coila. Układałem niedawno do E. swoją 25 i widzę, że pięć się pokrywa — sporo. Byłoby siedem, ale zdecydowałem się na “Blemish” i “Cuckooland”. Albo osiem, gdybym też cofnął się do czasów “Musick”. Fajnie, że także cenisz nowe Swansy wyżej niż wszelkie Anioły Światła. No i, wstyd się przyznać, mimo wielkiego szacunku do Walkera “The Drift” nie znam. Od dawna jest na liście, teraz tym bardziej.

  6. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    @ Mieszko
    “Układałem niedawno do E. swoją 25 i widzę, że pięć się pokrywa — sporo.”
    Przejrzałem Twoją a Esensji i przyznam, że ja z kolei nigdy nie słyszałem o Black Engine „Ku Klux Klowns”.
    Za to rozważałem Ulvera. Mielibyśmy więc 9 (przy pewnych założeniach), jak nic:)

  7. Mieszko Powiedział/a:

    Ale Black Engine się nie załapało do mojej indywidualnej czołówki — ot, pisałem o nich w zestawieniu wspólnym (nadal nie wiem, jakim cudem tam weszła, lecz cii, wszak robi temu rankingu dobrze). Tak czy inaczej — dobra płyta i chyba dla Ciebie. A na Twojej liście trochę mnie brak “Third” zdziwił.

  8. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    Jutro rzucę listę prawie najlepszych płyt 2000-2010. “Third” tam jest. Do ostatniej chwili się zastanawiałem, czy dać Emperora “Proemteusza”, “Trzecią” Portishead”, czy “Amassakoul” Tinariwen. W końcu dałem Electrelane:)
    I nie czuję się z tym źle:

    http://www.youtube.com/watch?v=MKQp2EjlCN4

  9. Mariusz Herma Powiedział/a:

    Fantastyczny pomysł! A na liście prawie wszystko, co znam, i mi bardzo bliskie. I ulżyło mi, bo myślałem, że przeceniam trochę “Paris/London”, a tu ktoś przecenia bardziej :-)

  10. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    @ Mariusz
    Ja mam podobne obawy z Manafonem, który został dość chłodno przyjęty.

  11. Mariusz Herma Powiedział/a:

    Mnie trudno było oceniać muzykę w oderwaniu od raczej poruszających okoliczności jej powstania. Nie należy po prostu czytać albumowych książeczek przed słuchaniem.

    Co do “Manafonu”, to mnie podoba się ta płyta bardzo, tyle że wcześniej “niestety” było cudowne “Blemish”.

  12. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    “Nie należy po prostu czytać albumowych książeczek przed słuchaniem. ”

    Słusznie, można się dowiedzieć, kto jest mordercą przed zakończeniem;))

  13. fripper Powiedział/a:

    Baardzo podoba mi się pomysł z kolorami. Wreszcie coś co uwalnia od trochę denerwującej maniery oceniania muzyki głównie pod kątem innowacyjności i inności od tego co było. Mam trochę wrażenie, że w ostatniej dekadzie poszukiwanie nowych zjawisk stało się czymś w rodzaju natręctwa, które ma czasami przykryć brak faktycznego posuwania się muzyki do przodu. To fajnie, że nie chcemy stać w miejscu, ale mam wrażenie, że ten cały muzyczny postęp jest trochę ostatnio fetyszyzowany. Dzieje się to kosztem różnych fajnych płyt, które nijak nie są nowatorskie ani innowacyjne, a za to są – po prostu – wspaniałe. Brakowało w ciągu ostatnich lat trochę “czerwonego” podejścia u dziennikarzy muzycznych.

    Co do “Manafonu”, to płyta jest przyjęta chyba nie tyle chłodno, co bardzo różnie. Zarzuca się Sylvianowi pozorną innowacyjność, podczas gdy on tylko powtarza za innymi pewne eksperymenty. Mało mnie to obchodzi. Siłą “Manafonu” (a wcześniej “Blemish”) jest to, że Sylvian zaadaptował pewne dla niego nowe środki wyrazu do własnego, stosunkowo ustabilizowanego świata. Cała radość obcowania z takimi płytami polega (przynajmniej dla mnie) na delikatnym napięciu między nowym (nowa forma muzyczna), a znajomym, oswojonym (głos, charakterystyczny sylvianowy introwertyzm). Sweter z napisem “Sylvian” został wywrócony na lewą stronę. Stał się niewygodny i drapie, ale to ciągle ten sam sweter.

    Lista jest mi bliska, choć muszę wyraźnie nadrobić niektóre zaległości. Obiecuję wpadać częściej

  14. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    “Co do „Manafonu”, to płyta jest przyjęta chyba nie tyle chłodno, co bardzo różnie.”
    Wire i Allmusic doceniły, ale to raczej wyjątek od reguły:
    http://en.wikipedia.org/wiki/Manafon_%28album%29

    W polskiej prasie było chłodno. Jeśli zaś chodzi o ocenę płyty, to nie mogę się nachwalić tekstów Sylviana. Najwyższych lotów poezja współczesna.

  15. de la clue Powiedział/a:

    a mnie zawsze brakuje czegoś z wypierdem. jeden album qotsa sprawy nie załatwia. myślałem też, że black angels ma u ciebie jakąś szansę po ostatnich peanach. wiem, sam sobie zrobię taki ranking. chyba pominę żółty kolor.

  16. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    “a mnie zawsze brakuje czegoś z wypierdem.”
    Taa, QOTSA i …And You Will Know Us to ballady.

    Black Angels świetne, ale żeby jeden z albumów dekady? Naaah…

  17. de la clue Powiedział/a:

    no tak, on pasuje do zestawienia rocznego. ballady i romanse nawet. sunn o))) niby też nie poezja ziewana, ale jest wypierd i wypierd.

  18. Mariusz Herma Powiedział/a:

    “W polskiej prasie było chłodno.”

    A konkretnie? Bo u nas była piątka.

  19. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    @ Mariusz Herma
    M/I (mam nadzieję, że tak to pismo trzeba pisać, nie mogę znaleźć prawidłowej nazwy na Monotype Rec.) , Screenagers i hmmm…
    I w sumie tyle mi wychodzi. To się zaskoczyłem. Cofam więc.

    @ de la clue
    “sunn o))) niby też nie poezja ziewana,”
    choć mój kolega nazywa ich mianem valium-metal ;) )

  20. Bartek Chaciński Powiedział/a:

    Fajna ta lista i cały pomysł. Ale cholera, czy to znaczy, że na następną stworzoną według tej metody trzeba będzie czekać dziesięć lat…?

  21. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    “Ale cholera, czy to znaczy, że na następną stworzoną według tej metody trzeba będzie czekać dziesięć lat…?”
    Przypuszczalnie do tego czasu blogi będą vintage, więc się nie łudzę.

  22. Mieszko Powiedział/a:

    “Jutro rzucę listę prawie najlepszych płyt 2000-2010″ — ładnie to tak, Panie Redaktorze? Przykro, naprawde przykro trafiac na takich ludzi…

  23. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    @ Mieszko
    Przepraszam Pana, wstyd mi.


  24. [...] 30 najlepszych płyt 2000-2010 w kolorach [...]

  25. amonit Powiedział/a:

    “Za Blind Boys of Alabama w „Sky Blue”. Za Nusrata Fateh Ali Khana w „Signal to Noise”. Za 4:55 w „I grieve”.”

    zupełnie jak ja :)

  26. Mudin Powiedział/a:

    Kolejny rok może być zdominowany przez artystów promowanych w konkursie scena machiny. Kto jak kto, ale Machina od lat była liczącym się medium w branży muzycznej, a nagrody powinny przyciągnąć same perełki :) Na scena.machina.pl można słuchać i rejestrować się.

  27. brzydkieslowonaf Powiedział/a:

    Spam jakowyś, ale nie usuwam, niech se leży.

  28. Kris Powiedział/a:

    zmień kolor czcionki na biały :D

  29. Mariusz Herma Powiedział/a:

    Przynajmniej indywidualizują.

  30. MACHINA Powiedział/a:

    Och, tylko nie spam. Nie widzę żadnego kontaktu do autora, więc jak miałbym mu przesłać informację inaczej niż za pomocą tej bramki dodającej komenty?


  31. [...] 15 Najlepszych Płyt 2011 będzie równie kolorowych, jak publikowane na Brzydkim Słowie na F „Best of 2000-2010”. Przypomnę: przy ocenie trzem głównym kryteriom estetycznym odpowiadają trzy barwy podstawowe. [...]


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.