
Christopher R. Weingarten świetnie zdiagnozował problem współczesnego dziennikarstwa muzycznego: “w sieci znajdziesz wiele odpowiedzi na pytanie ‘kto?’, ale nie na pytanie ‘dlaczego?’”. Z listami thebestof jest podobnie. Żaden problem zebrać ileśtam albumów, ponumerować je i wrzucić na bloga/do serwisu z krótkimi opisami, z tym że nikt nie troszczy się o wymienienie wymogów wyboru. Chcę, żeby moja lista Top 30 była transparentna bardziej, niż wymaga Wikileaks i zrozumiała bardziej, niż instrukcja obsługi ołówka. Dlatego trzem głównym kryteriom estetycznym odpowiadają trzy barwy podstawowe. Jeśli album spełnia kilka warunków naraz – jest w barwie pochodnej.
Kryterium żółte
Nagrania żółte to te, których największą zaletą jest nowatorstwo. Używanie zupełnie nowego języka muzycznej wypowiedzi, odkrywczość, eksperymentatorstwo (przy czym eksperyment powinien być zakończony sukcesem) są tu ważniejsze, niż np. przyswajalność muzyki (zresztą to rzecz dyskusyjna), czy emocje, które płyta ze sobą niesie. Przez nowatorstwo rozumiem inwencję w kompozycji, zaskakującą fuzję gatunków, niespotykaną wcześniej technikę wykonawczą. Najlepiej, by płyta miała wszystkie te cechy jednocześnie, bo dodatkowym założeniem jest, że pewne wartości stoją wyżej, niż inne. Na przykład: awangardowa produkcja “Embryonic” Dave’a Fridmanna to jednak za mało, by The Flaming Lips załapali się do zestawienia. Załapuje się za to taki “Manafon”, za integrację free improvisation, glitch, ambientu ze słowem mówionym/śpiewanym.
Kryterium czerwone
Tu decyduje jakość. Wewnętrzna logika utworów, umiejętne prowadzenie narracji, najwyższy stopień instrumentalnego i wokalnego wtajemniczenia (spokojnie, Yngwiego Malmsteena tu nie ma), niebanalne podziały rytmiczne, szósty zmysł do tworzenia ponadczasowych melodii, siódmy zmysł do harmonii – to czerwony conditio sine qua non. W tym przypadku “Lateralus” może podać rękę “Veckatimest”.
Kryterium niebieskie
Nie chcę rezerwować podsumowania wyłącznie dla Johnów Cage’ów i Johannów S. Bachów, jak mogło by się wydawać po lekturze żółto-czerwonych zastrzeżeń. W końcu piękno wynika czasem z prostoty, szczerości, energii, charyzmy artysty, klimatu dzieła. I między innymi właśnie te przymioty uwzględnia niebieski miernik. Chociaż uważam, że emotywność muzyki to przede wszystkim skutek zastosowania odpowiednich zabiegów muzycznych, to tu jest miejsce na tzw. ładunek emocjonalny. Słowem: brzydki, ale wyjątkowy i wzruszający wokal Vica Chesnutta bije The Dillinger Escape Plan, lo-fi Bon Iver bije nowego Kanye Westa, goniec na A4, wieża bije skoczka. Szach mat.
Uwaga 1.: Po to mam obiektywne wyznaczniki, by się ich trzymać, ale o absurd zahaczałoby, gdybym wymieniał krążki, których nie lubię wystarczająco, by je tu umieścić. W końcu to prywatna lista na prywatnym blogu. Stąd brak np. dubstepowców i chillwave’owców. Pierwszych i drugich doceniam za świeże brzmienie i klimat, ale nie spotkałem żadnego wydawnictwa, które rzuciłoby mnie na kolana. Wymieniam więc ławkę rezerwowych: “Untrue” Buriala, “Causers of This” Toro Y Moi i “London Zoo” The Bug gwoli obiektywizmu.
Uwaga 2.: Numeru 1. nie będzie. Numeru 30. też nie. Bądźmy poważni, przyznawanie miejsc dobre jest na olimpiadzie, nie w muzyce.

Radiohead “Kid A”, 2000
Gdyby “Kid A” było obrazem, wisiałoby w Tate Modern między Matissem, a Rothko.

Grizzly Bear “Veckatimest”, 2009
Prosta recepta na sukces: nagrać 52:02 i nie zmarnować ani jednej sekundy.

Tool “Lateralus”, 2000
Wzorzec z Sevres selektywnej produkcji, Mount Everest mądrze wykorzystywanej wirtuozerii, stratosfera umiejętności wokalnych. Opus magnum prog-metalu.

Joanna Newsom “Ys”, 2006
Jeden z dwóch najwspanialszych głosów minionej dekady.

Antony and the Johnsons “I Am a Bird Now”, 2005
Drugi z dwóch najwspanialszych głosów dekady.

Sunn O))) “Monoliths & Dimensions”, 2009
Panowie i panie, którzy tworzycie tzw. modern classical, contemporary chamber music i tym podobne: zapoznajcie się z “Monoliths & Dimensions”, bo to metalowcy są rzeczywistą awangardą, nie wy.

Keith Jarrett “Paris/London: Testament”, 2008
Nie będę nawet udawał, że ogarniam rozumem cały “Testament”, że prześledziłem wszystkie wątki, bo to robota na lata. Co nie przeszkadza w permanentnym zachwycie nad najlepszą płytą Jarretta. Nagrania Iyera zostawię sobie na następne takie podsumowanie.

Flying Lotus “Cosmogramma”, 2010
Hip-hop już nigdy nie będzie taki sam. Nic już nie będzie takie samo.

Jay-Z “The Black Album”, 2003
Bez “99 problems” i “Dirt off Your Shoulder” Shawn Corey Carter grzałby ławę rezerwowych. Z “99 problems” i “Dirt off Your Shoulder” gra w podstawowym składzie. W ataku, rzecz jasna.

David Lang “The Little Match Girl Passion”, 2009
Miałem trudny wybór: Arvo Pärt (“In Principio”) czy David Lang? Zdecydował fakt, że Pärt nie nagrał “For Love is Strong”.

Coil “Musick to Play in the Dark Vol. 2″ 2000
Doznanie metafizyczne.

Ornette Coleman “Sound Grammar”, 2006
W Polsce Colemanowi reputację próbował psuć niejaki pan Piątkowski, nie szczędząc mu złośliwości w swojej encyklopedii jazzu. Jak widać po “Gramatyce dźwięku”, psy szczekają, karawana idzie dalej.

Ensemble Al-Kindî “Parfums Ottomans: Arabic Turkish Court Music”, 2006
Od tego zestawu XV- i XVII-wiecznej muzyki dworskiej Imperium Osmańskiego rozpoczęła się moja przygoda z muzyką arabską i turecką. Abū Yūsuf Yaʻqūb ibn Isḥāq al-Kindī był arabskim matematykiem, filozofem, muzykiem, meteorologiem, fizykiem, chemikiem, logikiem itd. z IX wieku naszej ery, o którym mało kto na zamerykanizowanym Zachodzie słyszał. Nazwaną na jego cześć syryjsko-turecką formację słyszało jeszcze mniej, co jest potwierdzeniem znanej prawdy, że nie ma sprawiedliwości na świecie.

Brian Wilson “SMiLE”, 2004
“SMiLE”, czyli “nastoletnia symfonia dla Boga” – jak opisał ją Wilson, miał ukazać się jako następny po “Pet Sounds” album The Beach Boys. Nie mam wątpliwości, że gdyby tak się stało, Beach Boysów uznano by za najważniejszy zespół w historii muzyki, większy niż The Beatles. Do wydania jednak nie doszło i oto mamy arcydzieło spóźnione o prawie czterdzieści lat.

Tom Waits “Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards”, 2006
Po tym wydawnictwie stało się jasne, że Waits to tak naprawdę rasowy bluesman. Czy raczej prawdziwy crooner. Chodziło mi oczywiście, że jest awangardowym wizjonerem. Może ujmę to inaczej – facet to klasyk jazzu. Choć w gruncie rzeczy to mistrz wodewilu. No dobrze: Tom Waits to Tom Waits.

Queens of the Stone Age “Songs for the Deaf”, 2002
W ostatnim Newsweeku polscy muzycy wybierają swój piosenkowy Top 10. Ze zdziwieniem odkryłem, że zestaw Moniki Brodki nazwano “muzyką kobiecą”. Nie mam pojęcia, co się może pod takim określeniem kryć (bo przecież nie “muzyka grana przez kobiety” lub “muzyka grana dla kobiet” – to byłoby idiotyczne), ale jeśli miałbym szukać przeciwwagi, to “Piosenki dla głuchych” nadają się do tego znakomicie.

Vic Chesnutt “North Star Deserter”, 2007
James Victor “Vic” Chesnutt (12 października, 1964 – 25 grudnia, 2009) pozostawił po sobie wiele pięknej muzyki. Dlaczego akurat “North Star Deserter” poruszył mnie najbardziej? Przyznaję, że zwyczajnie nie wiem.

Four Tet “Rounds”, 2003
Kieren Hebden zmienił moje myślenie o muzyce.

Battles “Mirrored”, 2007
Mathcore w rękach Williamsa, Staniera, Konopki i Braxtona przestał być zabawką w rękach niewyżytych wirtuozów. Stał się narzędziem do tworzenia nowoczesnej sztuki.

…And You Will Know Us By the Trail of Dead “Source Tags & Codes”, 2002
Pierwsze miejsce w kategorii “muzyka podnosząca poziom adrenaliny w krwi”.
Robert Wyatt “Comicopera”, 2007
Last.fm twierdzi, że to najczęściej słuchany przeze mnie longplay wydany po roku 1999. Last.fm, jak powszechnie wiadomo, prawdę ci powie.

Bon Iver “For Emma, Forever Ago”, 2007
Drań. Przyjdzie taki, złamie człowiekowi serce kilkoma piosenkami i jakby nigdy nic pójdzie dalej. Tak się nie robi.

Bill Callahan “Sometimes I Wish We Were an Eagle”, 2009
Na pierwszy rzut oka płyta ładna, prosta, nieco niedbała. Pamiętaj jednak, co mama mówiła: “Synu kochany, nigdy nie oceniaj płyt po wskaźniku melodyjności, piosenkowej strukturze i chałupniczym brzmieniu”.

World Saxophone Quartet “Political Blues”, 2006
Antyestablishmentowe przesłanie płyty zdążyło się na szczęście zdezaktualizować. Muzyce ( jest tu i blues, i free jazz, i fusion, i funk, i post-bop) na szczęście nie zdarzy się to nigdy.

David Sylvian “Manafon”, 2008
Hegel powiedział, że “Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu” – znaczenie pewnych procesów i zjawisk rozumiemy dopiero po fakcie. Heglowi chodziło jak zwykle o Historię, ale ja mam na myśli “Manafon”.

Peter Gabriel “Up”, 2002
Za Blind Boys of Alabama w “Sky Blue”. Za Nusrata Fateh Ali Khana w “Signal to Noise”. Za 4:55 w “I grieve”.

Scott Walker “The Drift”, 2006
Rzecz poza jakąkolwiek klasyfikacją, nie osadzona stylistycznie w żadnym nurcie, żadnym czasie. Równie dobrze mogłaby to być jedna z płyt czwartej, czy piątej dekady XXI wieku.

Osvaldo Golijov “Ayre”, 2005
Uzasadnienie TUTAJ.

Electrelane “The Power Out”, 2003
Zaskoczeni takim wyborem? Proszę posłuchać “The Valleys”. I co, wciąż zaskoczeni?

Swans “My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky”, 2010
Michael Gira nigdy się nie waha, nie mówi półgębkiem. Jeśli korzysta z dokonań XX-wiecznych kompozytorów (Stockhausen, Ligeti, Bartok), to bierze od nich to, co najlepsze (np. w “You Fucking People Make Me Sick” i “No Words/No Thoughts”). Jeśli bierze się za ciężkie, metalowe riffy, to bez pardonu (“Eden Prison”, “My Birth”). Płyta piękna mrokiem, brutalnością, tajemnicą.













