Archiwum dla Grudzień, 2010

30 najlepszych płyt 2000-2010 w kolorach

28 Grudzień 2010

Christopher R. Weingarten świetnie zdiagnozował problem współczesnego dziennikarstwa muzycznego: “w sieci znajdziesz wiele odpowiedzi na pytanie ‘kto?’, ale nie na pytanie ‘dlaczego?’”. Z listami thebestof jest podobnie. Żaden problem zebrać ileśtam albumów, ponumerować je i wrzucić na bloga/do serwisu z krótkimi opisami, z tym że nikt nie troszczy się o wymienienie wymogów wyboru. Chcę, żeby moja lista Top 30  była transparentna bardziej, niż wymaga Wikileaks i zrozumiała bardziej, niż instrukcja obsługi ołówka. Dlatego trzem głównym kryteriom estetycznym odpowiadają trzy barwy podstawowe. Jeśli album spełnia kilka warunków naraz – jest w barwie pochodnej.

Kryterium żółte
Nagrania żółte to te, których największą zaletą jest nowatorstwo. Używanie zupełnie nowego języka muzycznej wypowiedzi, odkrywczość, eksperymentatorstwo (przy czym eksperyment powinien być zakończony sukcesem) są tu ważniejsze, niż np. przyswajalność muzyki (zresztą to rzecz dyskusyjna), czy emocje, które płyta ze sobą niesie. Przez nowatorstwo rozumiem inwencję w kompozycji, zaskakującą fuzję gatunków, niespotykaną wcześniej technikę wykonawczą. Najlepiej, by płyta miała wszystkie te cechy jednocześnie, bo dodatkowym założeniem jest, że pewne wartości stoją wyżej, niż inne. Na przykład: awangardowa produkcja “Embryonic” Dave’a Fridmanna to jednak za mało, by The Flaming Lips załapali się do zestawienia. Załapuje się za to taki “Manafon”, za integrację free improvisation, glitch, ambientu ze słowem mówionym/śpiewanym.

Kryterium czerwone
Tu decyduje jakość. Wewnętrzna logika utworów, umiejętne prowadzenie narracji, najwyższy stopień instrumentalnego i wokalnego wtajemniczenia (spokojnie, Yngwiego Malmsteena tu nie ma), niebanalne podziały rytmiczne, szósty zmysł do tworzenia ponadczasowych melodii, siódmy zmysł do harmonii – to czerwony conditio sine qua non. W tym przypadku “Lateralus” może podać rękę “Veckatimest”.

Kryterium niebieskie
Nie chcę rezerwować podsumowania wyłącznie dla Johnów Cage’ów i Johannów S. Bachów, jak mogło by się wydawać po lekturze żółto-czerwonych zastrzeżeń. W końcu piękno wynika czasem z prostoty, szczerości, energii, charyzmy artysty, klimatu dzieła. I między innymi właśnie te przymioty uwzględnia niebieski miernik. Chociaż uważam, że emotywność muzyki to przede wszystkim skutek zastosowania odpowiednich zabiegów muzycznych, to tu jest miejsce na tzw. ładunek emocjonalny. Słowem: brzydki, ale wyjątkowy i wzruszający wokal Vica Chesnutta bije The Dillinger Escape Plan, lo-fi Bon Iver bije nowego Kanye Westa, goniec na A4, wieża bije skoczka. Szach mat.

Uwaga 1.: Po to mam obiektywne wyznaczniki, by się ich trzymać, ale o absurd zahaczałoby, gdybym wymieniał krążki, których nie lubię wystarczająco, by je tu umieścić. W końcu to prywatna lista na prywatnym blogu. Stąd brak np. dubstepowców i chillwave’owców. Pierwszych i drugich doceniam za świeże brzmienie i klimat, ale nie spotkałem żadnego wydawnictwa, które rzuciłoby mnie na kolana. Wymieniam więc ławkę rezerwowych: “Untrue” Buriala, “Causers of This” Toro Y Moi i “London Zoo” The Bug gwoli obiektywizmu.

Uwaga 2.: Numeru 1.  nie będzie. Numeru 30. też nie. Bądźmy poważni, przyznawanie miejsc dobre jest na olimpiadzie, nie w muzyce.

Radiohead “Kid A”, 2000

Gdyby “Kid A” było obrazem, wisiałoby w Tate Modern między Matissem, a Rothko.

Grizzly Bear “Veckatimest”, 2009

Prosta recepta na sukces: nagrać 52:02 i nie zmarnować ani jednej sekundy.

Tool “Lateralus”, 2000

Wzorzec z Sevres selektywnej produkcji, Mount Everest mądrze wykorzystywanej wirtuozerii, stratosfera umiejętności wokalnych. Opus magnum prog-metalu.


Joanna Newsom “Ys”, 2006

Jeden z dwóch najwspanialszych głosów minionej dekady.



Antony and the Johnsons “I Am a Bird Now”, 2005

Drugi z dwóch najwspanialszych głosów dekady.


Sunn O))) “Monoliths & Dimensions”, 2009

Panowie i panie, którzy tworzycie tzw. modern classical, contemporary chamber music i tym podobne: zapoznajcie się z “Monoliths & Dimensions”, bo to metalowcy są rzeczywistą awangardą, nie wy.


Keith Jarrett “Paris/London: Testament”, 2008

Nie będę nawet udawał, że ogarniam rozumem cały “Testament”, że prześledziłem wszystkie wątki, bo to robota na lata. Co nie przeszkadza w permanentnym zachwycie nad najlepszą płytą Jarretta. Nagrania Iyera zostawię sobie na następne takie podsumowanie.


Flying Lotus “Cosmogramma”, 2010

Hip-hop już nigdy nie będzie taki sam. Nic już nie będzie takie samo.


Jay-Z “The Black Album”, 2003

Bez “99 problems” i “Dirt off Your Shoulder” Shawn Corey Carter grzałby ławę rezerwowych. Z “99 problems” i “Dirt off Your Shoulder” gra w podstawowym składzie. W ataku, rzecz jasna.


David Lang “The Little Match Girl Passion”, 2009

Miałem trudny wybór: Arvo Pärt (“In Principio”) czy David Lang? Zdecydował fakt, że Pärt nie nagrał “For Love is Strong”.


Coil “Musick to Play in the Dark Vol. 2″ 2000

Doznanie metafizyczne.


Ornette Coleman “Sound Grammar”, 2006

W Polsce Colemanowi reputację próbował psuć niejaki pan Piątkowski, nie szczędząc mu złośliwości w swojej encyklopedii jazzu. Jak widać po “Gramatyce dźwięku”, psy szczekają, karawana idzie dalej.


Ensemble Al-Kindî “Parfums Ottomans: Arabic Turkish Court Music”, 2006

Od tego zestawu XV- i XVII-wiecznej muzyki dworskiej Imperium Osmańskiego rozpoczęła się moja przygoda z muzyką arabską i turecką. Abū Yūsuf Yaʻqūb ibn Isḥāq al-Kindī był arabskim matematykiem, filozofem, muzykiem, meteorologiem, fizykiem, chemikiem, logikiem itd. z IX wieku naszej ery, o którym mało kto na zamerykanizowanym Zachodzie słyszał. Nazwaną na jego cześć syryjsko-turecką formację słyszało jeszcze mniej, co jest potwierdzeniem znanej prawdy, że nie ma sprawiedliwości na świecie.


Brian Wilson “SMiLE”, 2004

“SMiLE”, czyli “nastoletnia symfonia dla Boga” – jak opisał ją Wilson, miał ukazać się jako następny po “Pet Sounds” album The Beach Boys. Nie mam wątpliwości, że gdyby tak się stało, Beach Boysów uznano by za najważniejszy zespół w historii muzyki, większy niż The Beatles. Do wydania jednak nie doszło i oto mamy arcydzieło spóźnione o prawie czterdzieści lat.


Tom Waits “Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards”, 2006

Po tym wydawnictwie stało się jasne, że Waits to tak naprawdę rasowy bluesman. Czy raczej prawdziwy crooner. Chodziło mi oczywiście, że jest awangardowym wizjonerem. Może ujmę to inaczej – facet to klasyk jazzu. Choć w gruncie rzeczy to mistrz wodewilu. No dobrze: Tom Waits to Tom Waits.


Queens of the Stone Age “Songs for the Deaf”, 2002

W ostatnim Newsweeku polscy muzycy wybierają swój piosenkowy Top 10. Ze zdziwieniem odkryłem, że zestaw Moniki Brodki nazwano “muzyką kobiecą”. Nie mam pojęcia, co się może pod takim określeniem kryć (bo przecież nie “muzyka grana przez kobiety” lub “muzyka grana dla kobiet” – to byłoby idiotyczne), ale jeśli miałbym szukać przeciwwagi, to “Piosenki dla głuchych” nadają się do tego znakomicie.


Vic Chesnutt “North Star Deserter”, 2007

James Victor “Vic” Chesnutt (12 października, 1964 – 25 grudnia, 2009) pozostawił po sobie wiele pięknej muzyki. Dlaczego akurat “North Star Deserter” poruszył mnie najbardziej? Przyznaję, że zwyczajnie nie wiem.


Four Tet “Rounds”, 2003

Kieren Hebden zmienił moje myślenie o muzyce.


Battles “Mirrored”, 2007

Mathcore w rękach Williamsa, Staniera, Konopki i Braxtona przestał być zabawką w rękach niewyżytych wirtuozów. Stał się narzędziem do tworzenia nowoczesnej sztuki.



…And You Will Know Us By the Trail of Dead “Source Tags & Codes”, 2002

Pierwsze miejsce w kategorii “muzyka podnosząca poziom adrenaliny w krwi”.


Robert Wyatt “Comicopera”, 2007

Last.fm twierdzi, że to najczęściej słuchany przeze mnie longplay wydany po roku 1999. Last.fm, jak powszechnie wiadomo, prawdę ci powie.


Bon Iver “For Emma, Forever Ago”, 2007

Drań. Przyjdzie taki, złamie człowiekowi serce kilkoma piosenkami i jakby nigdy nic pójdzie dalej. Tak się nie robi.


Bill Callahan “Sometimes I Wish We Were an Eagle”, 2009

Na pierwszy rzut oka płyta ładna, prosta, nieco niedbała. Pamiętaj jednak, co mama mówiła: “Synu kochany, nigdy nie oceniaj płyt po wskaźniku melodyjności, piosenkowej strukturze i chałupniczym brzmieniu”.


World Saxophone Quartet “Political Blues”, 2006

Antyestablishmentowe przesłanie płyty zdążyło się na szczęście zdezaktualizować. Muzyce ( jest tu i blues, i free jazz, i fusion, i funk, i post-bop) na szczęście nie zdarzy się to nigdy.


David Sylvian “Manafon”, 2008

Hegel powiedział, że “Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu” – znaczenie pewnych procesów i zjawisk rozumiemy dopiero po fakcie.  Heglowi chodziło jak zwykle o Historię, ale ja mam na myśli “Manafon”.


Peter Gabriel “Up”, 2002

Za Blind Boys of Alabama w “Sky Blue”. Za Nusrata Fateh Ali Khana w “Signal to Noise”. Za 4:55 w “I grieve”.


Scott Walker “The Drift”, 2006

Rzecz poza jakąkolwiek klasyfikacją, nie osadzona stylistycznie w żadnym nurcie, żadnym czasie. Równie dobrze mogłaby to być jedna z płyt czwartej, czy piątej dekady XXI wieku.


Osvaldo Golijov “Ayre”, 2005

Uzasadnienie TUTAJ.


Electrelane “The Power Out”, 2003

Zaskoczeni takim wyborem? Proszę posłuchać “The Valleys”. I co, wciąż zaskoczeni?

Swans “My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky”, 2010

Michael Gira nigdy się nie waha, nie mówi półgębkiem. Jeśli korzysta z dokonań XX-wiecznych kompozytorów (Stockhausen, Ligeti, Bartok), to bierze od nich to, co najlepsze (np. w “You Fucking People Make Me Sick” i “No Words/No Thoughts”). Jeśli bierze się za ciężkie, metalowe riffy, to bez pardonu (“Eden Prison”, “My Birth”). Płyta piękna mrokiem, brutalnością, tajemnicą.

Przewiń taśmę

22 Grudzień 2010
Pora przeszukać piwnice, poszperać w pudłach z gratami i stosach rupieci na strychu. pewnie Tam większość z nas trzyma swoją kolekcję kaset magnetofonowych, które – ku zaskoczeniu wszystkich – wracają do gry. Z charakterystycznym dla siebie szumem.

Rewind

Straszaki na gołębie, podstawki pod chwiejące się szafki, zabawki dla psów i kotów, a w najgorszym przypadku – zbieracze kurzu. Mało zaszczytne funkcje pełnią dziś kasety magnetofonowe. Umarły po długiej i cichej agonii, zagłuszane przez płyty kompaktowe, stopniowo zapominane przez odbiorców. Trochę to nie fair wobec formatu, który na dobre zmienił sposób, w jaki traktujemy muzykę. Kasety dały nam walkmana, pozwoliły na nagrywanie audycji z radia, tworzenie mixtape’ów. To dzięki nim większość obecnych 30-latków zagrała w pierwszą grę komputerową. I to za ich sprawą świat poznał termin “piractwo muzyczne”.

Owszem, nośnik po części sam jest sobie winien wpisu na listę gatunków wymarłych. Jak awaryjny był to wynalazek, wiedzą tylko ci, którzy godzinami rozsupływali metry wciągniętej przez odtwarzacz taśmy “Music for the Masses”, rwali sobie włosy z głowy po tym, jak zawartość “Reign in Blood” wyparowała za sprawą magnesu położonego obok nagrania, lub misternie lepili fragmenty porwanej przez młodszą siostrę “Hounds of Love”. Ale kto na kasetach postawił już krzyżyk, niech zastanowi się dwa razy, bo druga dekada XXI wieku może należeć do nich. Pora zatem zdmuchnąć kurz ze starego kaseciaka – staruszek może wrócić z emerytury.

Play

Na razie jednak Wielki Powrót Kaset nie wygląda zbyt imponująco: w 2009 roku na całym świecie sprzedano mizerne 34 tys. egzemplarzy, co przy wyniku osiem milionów z 1978 roku wygląda raczej na błąd statystyczny niż odradzającą się modę. Zwłaszcza jeśli zeszłoroczną sprzedaż porównamy z królującymi niepodzielnie empetrójkami, na których rynek muzyczny zarobił w 2009 roku, bagatela, 4,2 miliarda dolarów!

Tyle mówią suche statystyki. Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują co innego. Powrotowi kaset swoje artykuły poświęcili m.in. Pitchfork i Popmatters, o zjawisku pisały “Daily Telegraph” i “Guardian” i blogerzy na całym świecie. W internecie roi się od pytań o czyste kasety, high-endowe odtwarzacze Nakamichi osiągają na eBayu cenę 1200 dolarów, choć jeszcze kilka lat temu kosztowały sześć razy mniej, Maxell – niegdyś potentat w kasetowej branży – rozważa możliwość ponownego uruchomienia produkcji coraz bardziej kultowego nośnika. Wedle wyliczeń portalu rhizone.org, muzykę na kasetach wydaje ponad sto wytwórni w Ameryce, związanych głównie ze sceną muzyki noise i elektroakustyką. “Przemysł kasetowy istnieje od dawna, ale wciąż pozostaje w podziemiu”, wyjaśniał Thurston Moore z Sonic Youth w wywiadzie dla radia CBS. Do czasu. Bo kasety wyłażą powoli z okopów awangardy i walczą o dostęp do szerszej publiki.

Więcej TUTAJ

(Machina, październik 2010)

Wygląda, jak słychać i słychać, jak wygląda

20 Grudzień 2010

Z cyklu “Zabawy niełatwe i raczej niezbyt pożyteczne”: Wykaż się wyobraźnią muzyczną i dopasuj utwór do komputerowo wygenerowanych wizualizacji. Utwory:

Arnold Shoenberg “Sechs kleine Klavierstücke, Op. 19, część pierwsza”

Madonna “Like a Prayer”

Chopin “Mazurek f-moll”

“Oh My Darling, Clementine”

Philip Glass “Candyman 2″

J.S. Bach jedna z wariacji Goldebrgowskich

Odpowiedź wrzucę za jakiś czas (podobnie jak źródło).

 

1.

 

2.

3.

4.

5.

6.

 

Fikołajki

15 Grudzień 2010

Jeszcze dwa lata temu strasznie się podniecałem, ale ostatnio trochę mi opadło, a nawet zaczyna zwisać. Może to mi nie staje już chęci, może to wina braku mocnych bodźców? Tak, czy owak, polska muzyka folkowa nie działa już na mnie, jak viagra na emeryta. Tym trudniej było mi jurorować na ostatnich Mikołajkach Folkowych.

W 2008 r. na rynek trafiło pięć dobrych polskich płyt z muzyką folkową lub folklorem inspirowaną: “Infinity: Kapeli ze Wsi Warszawa, “Szczera Mowa” Čači Vorba, “Nowa Ex-Tradycja” Żywiołaka, “Folklove” Kwadrofonik i “Songs of Glory/Pieśni chwały” Trebuniów-Tutków i Twinkle Brothers. Widmo krążyło po Europie – widmo nowej jakości w polskiej muzyce.

Folk szybko stał się modny. W prasie pojawiły się duże artykuły zjawisku, płyty zbierały entuzjastyczne recenzje w Polsce i zagranicą. Jeśli nie miałaś lnianej torby przyozdobionej motywami kurpiowskimi – nie pokazywałaś się nie mieście.

Kiedy już-już wydawało się, że nastąpi wysyp kolejnych dobrych albumów i nowych formacji, a dziennikarze będę licytować się w na najbardziej chwytliwą i głupią nazwę dla zjawiska (“polish-folk revival”, “new polish folk revolution”, “eastern-witch-folk”?) widmo poczęło się rozwiewać, blaknąć i kurczyć.

KzWW nic od 2008 nie wydała, a ich następne nagranie ma być koncertówką. Żywiołak z braku laku wypuścił remiksy, Trebuniom-Tutkom pewnie śnieg zasypał studio, a Kwadrofonik nie dość, że milczy, to nie ma wciąż nawet własnej strony internetowej. Jedynie lwowsko-lubelska (a jak!) Čači Vorba ma się coraz lepiej. O, proszę:

Na dodatek kiepsko z następcami. W każdym razie tak wynikałoby z ostatniej, osiemnastej edycji konkursu Scena Otwarta na lubelskich Mikołajkach Folkowych 2010. To nie tak, że żaden z występów mi się nie podobał. To raczej tak, że rozbudzony kreatywnym A.D. 2008 miałem nadzieję usłyszeć coś naprawdę nowego i ciekawego.
Usłyszałem raz.

W zakwalifikowanych zespołach najbardziej irytowało mnie sceniczne lizusostwo.

Kapela z Orliczka odstawiała – z kiepskim rezultatem – Zespół Pieśni i Tańca, a na dodatek poszła po linii najmniejszego oporu, jeśli chodzi o dobór utworów (“oryginalność repertuaru” to jedno z głównych kryteriów ustalonych przez organizatorów).

Besquidians mieli w składzie takiego saksofonisto-klarnecistę, że proszę siadać i tak uroczego wokalistę, że proszę wstać, ale przymilanie się do publiki pseudo-włoskimi pieśniami w góralskich strojach to już Cepelia i biały miś w Zakopanem. Krzywiłem się na to niemiłosiernie, a za chwilę miny zrzedły już wszystkim jurorom (oprócz mnie: Ewa Jabłońska – muzykolog, dyrektor ACK UMCS “Chatka Żaka”, Magdalena Sobczak-Kotnarowska – muzykolog, muzyk Kapeli ze Wsi Warszawa, Tomasz Rokosz – muzyk, adiunkt Katedrze Wiedzy o Kulturze Instytutu Filologii Polskiej Akademii Podlaskie). Okazało się niestety, że Besquidians to starzy wyjadacze, w większości po Akademii Muzycznej w Katowicach i przyjechali pewnie w jednym celu: zarobić.

Część jury marudziła też trochę na oklepane i bezpieczne utwory Bałkany Śpiewają, ale dziewczyny z kapeli nagrodę wokalną im. A. Kiełbusiewicz i tak dostały. Ja akurat nie narzekałem. Jako jedyny juror bez dyplomu muzykologa w kieszeni miałem prawo nie wiedzieć, że “Ketri, ketri” to odpowiednik “Summertime” w jazzie.

Nawet zwycięzca, znakomita jeśli chodzi o koncept, grupa Melodia w Polsce, przeginała pod względem efekciarstwa. Coś mi się nie chce wierzyć, że skrzypek Sławek Niemiec gra lepiej, gdy klęczy w egzaltowanej pozie przed wiolonczelistką. Naprawdę, jeden Nigel Kennedy to i tak za wiele. Tyle ża akurat Melodia w Polsce miała umiejętności (pizzicato i flażolety na wiolonczeli, pomysłowe przesunięcia akcentów na bębnie z talerzem, biegniki i spiccato skrzypiec), ciekawe inspiracje (folklor okolic Biłgoraja i z Suwalszczyzny) i pomysł na własną twórczość (improwizacja vs. tradycja, tonalność vs. atonalność, wartka narracja utworów itd.).

I to właśnie był ten “ciekawy i nowy raz”.  Wystarczająco dużo, jak na jedenastu pretendentów do nagrody. Trochę mało, jak na ruch, który kilkadziesiąt miesięcy temu zdawał się tętnić życiem.

Lublin wielkim kompozytorem był

8 Grudzień 2010

Bardzo trudno mi być lokalnym patriotą, zwłaszcza, jeśli chodzi o moje rodzinne strony. Staram się, jak tylko mogę, ale, w razie gdybyście nie wiedzieli: Kraśnik w woj. lubelskim nie obfituje w cuda architektury, zapierające dech w piersiach widoki i znanych na cały świat artystów.

Mam taką małą, prywatną teorię, że dla Kraśnika po prostu zabrakło już tych wszystkich fajnych rzeczy. Pomyślcie: krzywa wieża jest już w Pizie, Wielki Kanion w Arizonie, Alpy zaklepała sobie Szwajcaria, a już wcześniej ustalono, że wybitni artyści będą rodzić się w Nowym Jorku.

To ostatnie boli mnie szczególnie. Jestem w stanie wybaczyć Kraśnikowi brak Wielkiego Kanionu, jestem w stanie zapomnieć o głupawym herbie (na obrazku), ale żeby chociaż jeden dobry  grajek się tu nie urodził? W Lublinie (gdzie obecnie mieszkam) mamy przynajmniej 3xB: Bajm, Budkę i Braci. Nie ma z czego być dumnym, choć jest z czego się pośmiać.

Zacząłem więc szukać znanej persony na własną rękę. Nie było łatwo, bo na miejskiej stronie wiki nie ma zakładki “znani ludzie” (jest za to: “Prężnie działa komunikacja międzymiastowa, oferująca kursy do Lublina, Krakowa, Warszawy, Puław, Stalowej Woli, Janowa Lubelskiego, Rzeszowa, Zakopanego i in.”), a nikt ze znanych nie był na tyle patriotyczny, by chwalić się w każdym wywiadzie przyjściem na świat w Kraśniku. Nie dziwię się zresztą, bo ileż można słuchać responsów w stylu: “to fajnie, ale gdzie to?”

My private investigation trwało kilka dni. Po drodze odrzuciłem, jako nie zasługujących na miano wielkich artystów, kilku pomagierów Bajmu, perkusistów Paradoksu i czwartą ligę popowych kompozytorów. I gdy już-już szedłem rzucić się w przepaść z braku kogokolwiek utalentowanego, kto urodziłby się w tym cholernym mieście, przypomniałem sobie, że w okolicy nie ma porządnej przepaści. I wróciłem za biurko z komputerem. A tam czekało na mnie objawienie: Jan z Lublina. Eu-fuckin-reka!

Płacząc ze wzruszenia poczytałem sobie to i owo, o denacie odkryciu. Łzy przesłaniały mi ekran, ale czytałem dalej, bo Jan, kraśnicki kanonik-organista i wzięty renesansowy kompozytor znalazł się nie tylko na polskiej, ale również na holenderskiej, angielskiej i niemieckiej wiki.

Jego utwory  nagrywał węgierski Ungaresca Consort, Fabio Astorga Quesada i Joachim Grubich, znalazły się na albumie Małgorzaty Walewskiej i Roberta Grudnia “Farny”. Wiem, że wymienieni to nie pierwsza liga muzyki dawnej – mówiąc bardzo eufemistycznie – ale nic to. W końcu miałem przed sobą wikipedyczną wzmiankę, że Jan “jest autorem najwcześniejszych oraz najbardziej obszernych (ponad 350 kompozycji) tabulatur organowych na świecie” oraz, że był “jednym z najważniejszych organistów Renesansu”.

Jakby tego było mało, notkę o nim znalazłem na stronie z Pakistanu, a nagrania na YouTube. A jak ktoś jest na YouTube – to jest kimś ważnym, prawda?

Niestety, z ciepłego stanu samozadowolenia wyrwał mnie podpis pod filmikiem. Świadczył o tym, że Jan z Lublina i polskie miasta nie są na świecie znane i szanowane na tyle, by jednego nie pomylić z drugim. Cytuję: “Lublin was one of the most important organists of the Renaissance. His collection includes around 350 pieces for the organ of arrangements…”


Relacja z relacji

6 Grudzień 2010

Zamiast opisywać wrażenia z piątkowego koncertu Full Blast (Brötzmann/Pilakas/Wertmuller) w lubelskich Warsztatach Kultury -  skopiowałem fragmenty relacji z innych źródeł* I niech mi nikt już nie mówi o złym stanie polskiej krytyki muzycznej.

Jazz Forum (15/2010):
“…symptomatyczne, że charakterystyczne dla Brötzmanna frazowanie – szybkie, gęste i rwane, oraz typowe dlań brzmienie – z częstym użyciem frullato, przedęć, z wykorzystaniem skrajnych rejestrów, stanowiło znakomite wsparcie dla pełnych alikwot i transowego rytmu (choć także sonorystycznych zaskoczeń) eksploracji materii muzycznej Pilakasa.

Stanowi to o pełnym zrozumieniu free-jazzowego idiomu przez omawiane trio, jak i samego Brötzmanna, który swoje szerokie doświadczenie w nieprzebranych projektach potrafi przekuć w owocną pracę na scenie. Powstające ad hoc figury rytmiczne perkusisty Wertmullera mogły szokować widownię swoją dynamiką, Szwajcar  rywalizował niemalże z liderem w tym aspekcie wykonawczym. Na scenie Warsztatów Kultury postaylerowska i neocoltraneo’wska tradycja muzykowania spotkała się ze świeższym duchem muzyki rockowej, a któż wie, czy nie wręcz heavy metalowej? To jasny dowód na żywotność omawianego instrumentalisty i jego koncepcji oraz na wciąż nieodkryte możliwości wspomnianych nurtów współczesnej muzyki improwizowanej.”

Porcys:
“Borys (4-12-2010 16:36)
Ej, ale mi nie mów, że te KIEPSKO ZAGRANE pitu pitu niemiaszka jakoś cię poruszyły, co? może echa nihilistycznego postmetalu u Pilakasa dają radę ale zajebistość Wertmullera ma u mnie minus dziesięć do charyzmy – serio patrząc na to co można w 00′s w  improwizowanej zrobić to tu wymiękłem.

Mateusz (4-12-2010 16:38)
yyyy… no chyba!!! ale jak dla porównania weźmiemy hipsterskie klimaty Colemana to i tak luz, anyway: dziadek daje radę, szkoda tylko że jakiś taki mrukliwy, na bis jakby z łachą wyszedł… zaliczam też Full Blast na plus brak jednoznacznego centrum improwizacji – wybrali postmodernistyczną, rozproszoną narrację

Artur (4-12-2010 16:48)
niom….. 3.2 jak dla mnie za tego giga i tyle… 3.3 za wąchole Brotzmanna góra!

Borys (4-12-2010 16:55)
Nie no ja się kurwa przerzuciłem na stare Can dla odpoczynku. Geek, geek, geek! – wiem, co sobie myślicie trudno.  a żeby było dla równowagi znów sprawdzam Newest Zealand

Mateusz (4-12-2010 16:59)
Przebijam cię Borysku: Mieciu Fogg u mnie na rządzi na foobku! Teh fcukin Fogg!

Borys (4-12-2010 17:00)
ROTFL, LOL”

www.masakramuzyczna.blog.pl:
“(…) gdy tylko wybrzmiał pierwszy dźwięk klarnetu sopranowego Mistrza, poczułam się, jak gdybym unosiła się w kosmosie. Odlatywałam dalej i dalej, w stronę jazzowego nieba, a Jego nuty lśniły czarnym blaskiem tysiąca Słońc.
Dziękuję.
Dziękuję.
Dziękuję…”

www.studencki.serwismuzyczny.pl:
“3 grudnia 2010 saksofonista i klarnecista Peter Brötzmann zagrał w lubelskich Warsztatach Kultury przy ulicy Popiełuszki 5 koncert w projekcie Full Blast. Obok Brötzmanna wystąpili: Michael Wertmuller (perkusja) i Marino Pilakas (bas). Koncert był częścią festiwalu Jazz Bez 2010.

Jazz Bez to polsko – ukraiński festiwal muzyczny z dziesięcioletnią tradycją. Przez wszystkie lata działalności nie tylko, z roku na rok, podnosi poziom artystyczny, sukcesywnie zwiększając liczbę wydarzeń i odbiorców, lecz również rozprzestrzenia się, „wciągając” w swą ideę coraz więcej miast po obydwu stronach granicy.”

* Kłamię – wszystko moje. Zbieżność wszystkich nazwisk i wydarzeń przypadkowa. Blog www.masakramuzyczna.blog.pl i serwis www.studencki.serwismuzyczny.pl (o ile wiem) nie istnieją.

Bardzo spóźniona recenzja

1 Grudzień 2010

Mariusz Herma napisał kiedyś poradnik „Od jakich zwrotów nie rozpoczynać recenzji”. Jednym z nich było: „Przyznaję, że mam problem z tą płytą.” Mimo to, nie mam wyboru – recenzję „Harmonii”, projektu powstałego po lubelskim festiwalu Inne Brzmienia, muszę rozpocząć właśnie tak. A więc: przyznaję, że mam wielki problem z tą płytą.

Po części problem dotyczy zmęczenia.
Zmęczenia mojego – kolejnymi wcieleniami muzycznymi Wojtka Waglewskiego (w ciągu ostatnich kilku lat nagrywał muzykę filmową, płyty z kolegą, synami i własnym zespołem, występował gościnnie, komponował dla innych); zmęczenia rynku muzycznego – bo nic nie jest tu tak źle widziane, jak hiperaktywność i widocznego zmęczenia samego muzyka. Bo Wagiel powielając schematy powoduje jeszcze inne zmęczenie: materiału muzycznego.

Od dawna – także na „Harmonii” – lider Voo Voo w muzyce stosuje ten sam patent: blues jest dla niego punktem wyjścia, z którego rusza w stronę garażowego rocka, world music, a nawet punk-bluesa. I od dawna ląduje w tym samym obszarze. W tekstach wszystko zaczyna się (nie mam na myśli chronologii zdarzeń) od czerwonego wina/ginu, a  kończy w miejscu, gdzie bezustannie rozważa się o bogu, rozpacza po kobietach, które nas zostawiły i zapewnia o miłości te, które z nami są. Ładnie tam, to prawda, ale notorycznie odwiedzanie tych lokalizacji grozi nudą.

Oczywiście, „Harmonia” to nie tylko Waglewski. I to kolejna przyczyna dylematu. Bo chociaż nie jestem albumem wielce poruszony, to nie mogę nie docenić wysmakowanych aranżacji, perfekcyjnej produkcji i wielkiego kunsztu wykonawczego wszystkich artystów (oprócz Wagla, m.in. Marcin Gałażyn z Motion Trio – akordeon, Ziemowit Kosmowski na banjo, Marjana Sadowska – śpiew; Karim Martusewicz z Voo Voo – bas; Jeka Didic z Haydamaków – trąbka; Anna Ochrimczuk – śpiew). I gdyby nie to, że bardzo podobną miksturę wschodniej melodyki z zachodnią rytmiką zdarzało mi się już słyszeć nie raz, i to w wykonaniu podobnego składu, ocena byłaby dużo wyższa.

Ale prawdziwa istota mojego kłopotu leży gdzie indziej.
Dwa tygodnie temu menedżer Voo Voo i twórca Innych Brzmień Mirek Olszówka zaprosił mnie do swojego mieszkania. Położył na stole „Harmonię”, która powstała w jego wydawnictwie Kiton Art i poprosił o recenzję krążka. Nie lubię takich sytuacji, z prostej przyczyny: utrudnia to obiektywną ocenę. Uprzejmie obiecałem jednak napisać kilka słów. On uprzejmie obiecał przeczytać. Nie przeczyta.

Wczoraj wieczorem Mirek zmarł.

A ja zostałem z najtrudniejszą w moim życiu recenzją do napisania. Bo nie mogę nie być obiektywny i wystawić jego ostatniemu dziełu najwyższej noty. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tym razem jednak powinienem.

Ocena: siedem na dziesięć

(Kurier Lubelski, 1 grudnia 2010)


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.