
Większość marca spędziłem przygotowując program do premiery musicalu “Phantom” Yestona na podstawie prozy Gastona Leroux w lubelskim Teatrze Muzycznym. Na premierze w końcu nie byłem, ale tak to jest być szewcem, co to bez butów… Jednym z wymogów zleceniodawcy było odniesienie klasycznej pozycji francuskiego pisarza do horrorów (i luźne nawiązanie do sagi “Zmierzch”). Tak się składa, że do musicali mam pewną słabość odkąd obejrzałem w podstawówce “West Side Story” (“pewnie jakiś gej”), a horrory uwielbiam na zabój od czasów dziecinnej traumy związanej z domową projekcją “To” (“pewnie jakiś psychopata”). Lepszego pomysłu na esej sam bym nie wymyślił.
Przepis na potwora
Jedną z klasycznych scen „Upiora w operze” jest bal maskowy. Na urządzanej w Operze maskaradzie, gdzie, jak pisze Leroux spotykał się „cały elegancki i artystyczny Paryż , żądny wrażeń i wesołej zabawy” podawane są kolejne dania. Kelnerzy, podnosząc klosze na tacach, wymieniają, ku zachwytowi gości, nazwy wykwintnych dań. Oto, proszę Państwa, pieczona kaczka w pomarańczach, oto ryba z cytryną w sosie z białego wina, oto nadziewana truflami głowa dzika, oto „zupa cztery pory roku”… ale, zaraz… cóż to takiego?! Drodzy Państwo, w garnku nie ma zupy, jest za to ugotowana głowa żony dyrektora opery, Carlotty! Co za potworność, drodzy Państwo!
Oczywiście, w oryginalnej wersji „Upiora opery”, autorstwa Gastona Leroux, nic takiego się nie dzieje. Przedstawione wydarzenia pochodzą z filmowej adaptacji książki z 1989 roku, w reżyserii Dwighta H. Little’a. Obraz jest standardową pozycją z gatunku slasher movie (od angielskiego „slash”: ciachać, rozcinać), w którym trup - za sprawą psychopatycznego mordercy – ściele się gęsto, a zanim się pościele, jest masakrowany i okaleczany z największą fantazją.
Być może „Upiór” w wersji slasher jest dla współczesnego widza adaptacją najbardziej trafną. Wywołuje przecież emocje podobne do tych, jakie odczuwali czytelnicy powieści Leroux z 1910 roku: przerażenie, wstręt, niezdrową ciekawość (choć i o to z biegiem lat coraz trudniej). Nie zapominajmy bowiem, że „Upiór opery” to przede wszystkim horror, nawet jeśli obecnie odczytujemy go raczej jako piękną historię miłosną. A jego główny bohater Eryk, ma wszystkie niezbędne cechy, by straszyć fachowo zarówno wtedy, jak i teraz.
Jaki jest zatem idealny przepis na potwora? Analizując kinematografię i literaturę, wydaje się, że należy spełnić przynajmniej jeden z pięciu prostych warunków. Eryk z „Upiora…” spełnia wszystkie naraz, co czyni go potworem idealnym. A zatem, po kolei:
Weź szczyptę romantyzmu…
„Kto jest seksowniejszy: wampir, czy wilkołak?”. To pytanie przez ostatnie cztery lata było jednym z najczęściej zadawanych przez młode kobiety na całym świecie. Toczone na forach, blogach, portalach społecznościowych, uniwersyteckich korytarzach i w szkolnych ławkach spory nie doprowadziły do ostatecznego rozwiązania pojedynku dwóch aktorów filmowo-książkowej sagi „Zmierzch”, bladolicego Roberta Pattinsona i muskularnego Taylora Lautnera.
Potwierdziły jednak starą zasadę, że mieszanka erotyzmu i lęku sprawdza się zawsze, choć w przypadku serii powieści Stephenie Meyer wątek miłosny wyraźnie góruje nad grozą.
Saga „Zmierzch” swój komercyjny sukces zawdzięcza także Leroux i jego Erykowi, postaci zakochanej (dosłownie) na zabój, tragicznej, budzącej przerażenie, ale i zachwyt ogromem swego uczucia. Swój wzorzec dla głównego bohatera Leroux zaczerpnął z powieści gotyckiej, w której atmosfera tajemniczości uzupełniania jest przez rozterki sercowe oraz z preromantycznych klasyków, jak choćby Goethe i jego „Cierpienia młodego Wertera”. Oczywiście Eryk jest znacznie bardziej, nazwijmy to, „asertywny”, niż pałający dramatycznym uczuciem do Lotty Werter, ale na dobrą sprawę więcej ich łączy, niż dzieli. Obydwaj są nieszczęśliwie zakochani i obydwu nie jest pisany happy end.
Spójrzmy jednak na klasyczny, horrorowi przypadek. Oto monstrum powstałe na skutek działań nieodpowiedzialnego naukowca wyrywa się spod jego kontroli. Stwór o „nieziemskiej brzydocie (…) niemal zbyt przerażającej dla ludzkiego oka”, jak opisuje go stwórca, pragnie jedynie miłości (marzy o drugiej, podobnej mu, istocie do towarzystwa), ale w konsekwencji staje się zabójcą, koszmarem swego „rodziciela”. Tak jest, to potwór Frankensteina, z najznakomitszego dzieła Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”.
Dla smaku dodaj maskę…
Sam St. Laurent, bramkarz hokejowy m.in. drużyn NHL Detroit Red Wings i New York Rangers nie należał do najwybitniejszych sportowców w historii ligi. Zdobył, co prawda, srebro z drużyną USA na Olimpiadzie w Albertville w 1992 roku, ale legendą hokeja nie został. Jego wpływ na kulturę masową jest jednak nie do przecenienia, choć pewnie on sam nie zdaje sobie z tego sprawy. Maska, którą używał w bramce podczas meczów dla ochrony twarzy, została użyta w uwielbianym przez fanów horrorze „Piątek, trzynastego III”. Nosił ją Jason Voorhees, maniakalny zabójca znad Jeziora Crystal. Maska Jasona to klarowna informacja rodem z hokeja: temu facetowi nic się nie wymknie, ale i znakomity sposób na napędzenie widzom strachu. Zimne, rekinie wręcz oblicze mordercy daje aż za wiele do myślenia („Co kryje się pod maską?”) i utrudnia przewidzenie jego działań (nie można liczyć na mimikę).
Po bardzo podobną maskę sięgnął reżyser „Milczenia owiec” Jonathan Demme, choć uzasadnienie jest inne. Nałożony Hannibalowi Lesterowi medyczny środek bezpieczeństwa ma na celu nie utrudnienie identyfikacji przestępcy, ale zapobieżenie jego upodobaniom do podgryzania osób trzecich. Innym, zamaskowanym okrutnikiem jest Michael Myers z „Halloween”, ukrywający swoją twarz pod twarzą innego aktora. Brzmi to dość dziwacznie, ale producent artystyczny filmu, Tommy Lee Wallace, postanowił, że najlepszą maską dla Myera będzie odwzorowana twarz Williama Shatnera, kapitana Kirka ze „Star Treka”.
Zwycięzcą w tej kategorii jest chyba Leatherface (ang. skórzana twarz) ze słynnej „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Tu psychopatyczny zabójca nie tylko doskonale obchodzi się z narzędziami elektrycznymi, ale potrafi sprawnie władać igłą i nitką – ukrywa się pod zszytymi kawałkami skóry zabitych ofiar.
Na tak nieeleganckie zachowanie Eryk z „Upiora” nie mógłby sobie, rzecz jasna, pozwolić. W końcu nie jest byle psychopatą z zapadłej dziury w Stanach Zjednoczonych, ale wyfrakowanym, kulturalnym i inteligentnym zabójcą z samego Paryża. Jego maska ma rodowód medyczny, służący ukryciu szpetoty części twarzy. A skoro o tym mowa…
Nie zapomnij dorzucić nieco deformacji….
W „Upiorze opery” Gaston Leroux 51 razy określa Eryka mianem „potwór”. Nie bez przyczyny. Wedle opisu autora, Eryk to chodzący szkielet. Ma zapadnięte policzki, „oczodoły puste, bez spojrzenia”, „usta bez warg”, żółtą skórę na „wysuszonej czaszce” i ledwie kilka kosmyków czarnych włosów na głowie.
Trudno ocenić, czy fikcyjny bohater Leroux przebija szpetotą frankensteinowskie monstrum Mary Shelley, ciepłego, choć pokracznego Quasimodo Wiktora Hugo i samego hrabiego Drakulę z powieści Brama Stokera. Na pewno jednak spełnia tę samą funkcję: wzbudzenia naturalnej dla gatunku ludzkiego lęku przed tym, co inne, niż my sami.
Filmowe i musicalowe wersje książki Leroux ukazują Eryka częściej jako przystojnego młodzieńca z częściowym defektem twarzy, ale zdarzały się i wyjątki, jak choćby kreacja Lona Chaneya z filmu z 1925 roku. W jednej ze scen, które przeszły do historii kinematografii, Christine zdejmuje maskę z twarzy Eryka. Charakteryzacja aktora okazała się tak sugestywna, że zaskoczony operator kamery zgubił w tym momencie ostrość obrazu, a po premierze większość kin miała w czasie seansów pod ręką sole trzeźwiące, w razie, gdyby któraś z dam na widowni zemdlała ze strachu.
Jeśli chcielibyśmy szukać kontynuatorów tradycji straszenia deformacją w nowszych horrorach, to pierwszy na liście musi być Freddy Krueger – nocny koszmar wszystkich z pokolenia ‘80. Pół żywa, pół martwa istota grana w filmach z serii „Koszmar z ulicy Wiązów” przez Roberta Englunda to charakteryzatorskie arcydzieło. Freddy, morderca dzieci, został za karę zlinczowany poprzez spalenie. Kiedy wraca, by mścić się na dzieciach swoich morderców ma twarz przypominającą pizzę trzymaną zbyt długo w piecu.
Swoją drogą: Englund w 1989 roku wcielił się w jeszcze jednego, ohydnie brzydkiego złoczyńcę: Upiora w operze, któremu w tym wydaniu bliżej do Kruegera i Frankensteina, niż kiedykolwiek wcześniej.
Wszystko zagotuj w sosie z litości
Kiedy Maurice Yeston dowiedział się o propozycji stworzenia “Phantoma” nie zapalił się zrazu do pracy: „Śmiałem się i śmiałem. Przecież to najgorszy pomysł w historii! Po co ktoś miałby pisać musical oparty na horrorze? I wtedy dotarło do mnie, że historię można nieco zmienić. Upiór mógłby być kimś w rodzaju Quasimodo, albo Człowieka Słonia.”
Quasimodo i Joseph Merrick, czyli Człowiek Słoń, to tylko dwie z szerokiego wachlarza zdeformowanych figur literacko-filmowych, które mogą budzić odrazę, ale i sympatię.
Eryk budzi ją na pewno. U Leroux był tak brzydki, że wstręt doń czuli nawet rodzice, później zaś pokazywano go w cyrkach, jako „żywego trupa”. U Yestona jego deformacja jest wynikiem samobójczej próby matki. W każdej z wersji jest nieprawdopodobnie wrażliwy (muzykę kocha nade wszystko, sam też komponuje wzruszającego „Don Juana Zwycięskiego”) i nieszczęśliwie zakochany. Miota się wiecznie miedzy światem żywych (opera i jej śpiewacy), a umarłych (podziemia budynku). Jest niczyj, nie należy nawet do siebie. Nie ma nic lepszego dla psychologicznej wiarygodności opowieści, nad rozczulającą niejednoznaczność, wystarczy zapytać wspomnianą Shelley, Stokera (jego Drakula wszak także kocha), czy Roberta Louisa Stevensona, twórcę najbardziej dwuznacznego z możliwych bohaterów: Dr Jekylla i Mr Hyde’a, znanego na pewno Leroux.
Zresztą, nawet najbardziej przerażający stwór filmowy XX wieku, Freddy Krueger z ulicy Wiązów, godny jest litości. Wszak to nieszczęsne potworzysko narodziło się wskutek zbiorowego gwałtu na jego matce, dokonanego przez pacjentów szpitala psychiatrycznego, a sam Freddy zaś cierpi najgorsze wyobrażalne katusze: nie może na dobre umrzeć, skazany na dręczenie nastolatków po wsze czasy, za sprawą scenarzystów kolejnych części serii.
Eryk z „Upiora…” dzieli w tym względzie jego los. Mimo protestów fanów w 2010 roku ukazała się kontynuacja historii „Upiora” – wyreżyserowany przez Andrew Lloyda Webbera musical „Love Never Dies”. W końcu dobrego przepisu nie należy nigdy marnować.
marzec 2012, Teatr Muzyczny, “Phantom”
Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten wpis do listy ulubionych.